poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Księga Dni - cz. 1 - Mury Ceglane


Księga Dni jest zbiorem moich reportaży z różnych miejsc, które odwiedzałem. Opisuję tu tereny bliskie mi, piękne, ale również brzydkie, smutne, bardzo mi odległe. Wygląd jednak nie odgrywa tutaj większego znaczenia. Księga Dni będzie zbiorem różnych historii, krajobrazów, ludzi - swoistym zapisem dnia codziennego. Piszę tutaj o momentach radosnych, niosących nadzieję, ale również o smutnych, szarych i monotonnych. Tak wygląda rzeczywistość. Życie jest tańcem czasu. Tańcem dni powszednich, smutnych, beznadziejnych, świętych... Drogi Czytelniku, mam nadzieję, że lektura tej publikacji przynajmniej w części pozwoli Ci żyć tu i teraz, cudem dnia powszedniego...



3 sierpnia, 2019, Górny Śląsk


         Wyjeżdżaliśmy. Koła rowerów dudniły o wąską, dziurawą drogę. Czerwień ceglanych domów wyostrzało zachodzące sierpniowe słońce. Skwarne czerwcowe dni spaliły zbyt silnie przyciętą trawę na wióry. Monotonne, przycięte ogrody, otaczające bogate domy, ciągnęły się jeszcze bardzo długo. Taki krajobraz jest bardzo nużący. Człowiek wyrzucił przyrodę za płot, na zbity pysk. To "porządkowanie" zabałaganiło krajobraz Górnego Śląska. Przeraża mnie to...

       Po jakiejś godzinie dojechaliśmy do sporego lasu, oddzielającego szerokim, zielonym murem górniczą Wesołą i rolnicze Lędziny. Było tu pięknie. Nie przypominał on zwykłych, wyprostowanych lasów gospodarczych, porastających większość naszego kraju; rosły tu graby, brzozy, świerki, dęby, a miejscami potężne buki, na których pasożytują obślizgłe huby. Z lasu wychodziło wilgotne, tak słodkie powietrze, że aż chciało się je pić. Po ponad godzinnej jeździe znaleźliśmy się w Zamościu - przysiółku Lędzin...


Pola obok Lędzin, fot. autor


         Lędziny są małym, bardzo ciekawie położonym miasteczkiem (z takich którym bliżej jest do wsi, niż do miasta). Od północnego - zachodu zamyka je ciemna ściana lasu, tworząca niesamowitą atmosferę, wprowadzając w krajobraz tajemnicę i swego rodzaju niepokój. Od wschodu okalają niskie, zalesione wzgórza, a od południa otwierają się wielkie pola i łąki, ciągnące się aż do Bierunia. Króluje tu rolnictwo. Całe miasteczko okala zewsząd pierścień pól pszenicy i kukurydzy. W samym centrum wznosi się kopulaste wzgórze, z barokowym kościółkiem na szczycie. Od południa wzniesienie jest pokryte polami, a u podnóża roztaczają się rozciągają się duże łąki. Od zachodu, północy i wschodu wzgórze okalają domy. Ze wzniesienia roztacza się piękny widok na las, wioski otaczające Lędziny, a daleko, daleko na południu majaczą zamglone szczyty Karpat. Nie zatrzymaliśmy się tu. Śpieszyło nam się...

         Za Lędzinami dojechaliśmy do drogi biegnącej aż do Bierunia. Ze wszystkich stron otaczały nas wielkie pola i łąki, na których próżno było szukać jakichkolwiek domów. Daleko po prawej stronie czerniała odległa ściana lasu. Na południu widać było mocno oddaloną wieżę kościoła w Chełmie, a na ostatnim planie wciąż majaczyły ciemne pasma Beskidów. Jedyną rzeczą, która mąciła i zakłócała ten pierwotny krajobraz, to ruchliwa droga, po której co chwila śmigały ciężarówki, samochody i motory...

         Tutaj również się nie zatrzymaliśmy. Na pusty chodnik wjechali na rowerach jakiś młody chłopak z dziewczyną. Jechali jakiś czas przed nami po czym skręciliśmy w boczną ulicę i zniknęli nam z oczu. Zabudowa Chełmu nie wyróżniała go wśród innych górnośląskich prowincjonalnych miasteczek; niskie, ściśnięte, zakurzone ceglane domy. Życie całej wsi skupia się na zdumiewająco dużym na tak małą wieś kościele. Jego dzwonnica zdawała się sięgać chmur. Świątynię niedawno odremontowano. Dachy pomalowano na kolor gołębi, a ściany na bardzo matowy bardzo jasno niebieski. Gdy przejeżdżaliśmy obok, musieliśmy się zatrzymać, by ustąpić tabunom ludzi, wychodzących z kościoła - ktoś właśnie brał ślub. Gdy znaleźliśmy się przy wyjeździe ze wsi dostrzegłem bardzo starą, kamienną figurę Matki Bożej, depczącej zielonego węża owiniętego wokół ziemi. Była zaniedbana, a jej twarz nie przypominała już tej należącej do młodej Maryi. Farba łuszczyła się. Mimo tych znaków czasu mieszkańcy wciąż otaczają rzeźbę czcią, bogato przyozdabiając ją kwiatami. Szybko zniknęła mi z oczu za zakrętem...

         Gdy wyjechaliśmy z Chełmu dostrzegliśmy już niczym nie zasłonięte pasmo górskie, na tle pól. Przypomniały mi się wtedy twarze tutejszych. Zdawali się być znudzeni wszystkim, jak gdyby było im zupełnie wszystko jedno. Nawet ci, wychodzący z uroczystości w chełmskim kościele byli sztywni, jakby mieli kije zamiast kręgosłupów, a ich twarze były poważne, pozbawione wyrazu. Nad całą śląską prowincją zawisł nietzschowski duch ciężkości i sztywności, oraz powszechnej tu obojętności.  Wsie te mimo pięknych krajobrazów są przykryte niepokojącą mgłą dobrobytu i ukrytej gdzieś pod ziemią biedy. Majątek, mimo że osiągnięty dzięki ciężkiej pracy, prowadzi ludzi w ślepą uliczkę, na której końcu stoi śmierć, pytająca: "Czy zrobiłeś coś w swoim życiu, aby ten świat był lepszy?". Ludzie zaczęli tracić cel. Stawiają sobie oni za najwyższą wartość osiągnięcie sukcesu, czy dużego zarobku. Myślę, że między innymi to przekonanie spowodowało powstanie ciężkiej aury. Miejsce to należy do takich, przez które przejeżdżając zaczyna mnie ściskać żołądek. Wcale nie zazdroszczę tym ludziom. Szczerze im współczuję. Jeszcze ostatnie spojrzenie na chełmskie gospodarstwa i wyruszamy dalej...

         Znów znaleźliśmy się w Zamościu. Zmierzamy w stronę lasu. Wzdłuż krętej, wiejskiej drogi stoją stare lipy. Dojeżdżając do mostku na Przyrwie dostrzegłem dziewczynę w moim wieku. Szła zupełnie sama. Z uszu zwisały jej kable słuchawek. Była smutna. Popatrzyła na mnie obojętnym, pustym wzrokiem. Po chwili zniknęła za nami...

         Dojechaliśmy w końcu do wyjazdu ze wsi. Stało tu kilka obskurnych zagród, na których podwórkach nie było widać żywej duszy. Minąwszy dwie małe dziewczynki na rowerach wjechaliśmy wgłąb lasu...


4 sierpnia 2019, Górny Śląsk


         Wstaliśmy dziś wcześnie rano. Słońce oświetlało wszystko, niczym wielki reflektor. Znów wjechaliśmy do lasu. Stanęła nam przed oczyma zielona ciemność. Wkrótce leśny tunel, którym mknęliśmy rozgałęził się w dwie drogi. Na tych rozstajach stała mała, drewniana, porośnięta bluszczem kapliczka Matki Bożej - podkreślała świętość lasu. Po jakimś czasie zjechaliśmy na drogę prowadzącą z Mysłowic do Tychów. O tak wczesnym, niedzielnym poranku samochodów jeździło tutaj niewiele. Wokół otaczał nas zarośnięty i zdumiewająco dziki, w tym regionie las. Był to tzw. Las Murckowski - jedna z niewielu pozostałości Puszczy Śląskiej, która przed wkroczeniem przemysłu i rozrostem miast porastała te tereny. Drzewa są tu wyższe niż w przeciętnych, śląskich monokulturach sosnowych. Jest bardzo zróżnicowany gatunkowo - rosną tu brzozy, dęby, graby, buki, świerki, i sosny. Mnóstwo leży tu powalonych, gnijących drzew. Znałem ten las. Często jeździłem tędy z rodzicami, wracając z domu moich dziadków. Prawie zawsze natykaliśmy się tu na jelenie. Kiedyś drogę przebiegło nam całe stado. Po chwili po prawej stronie pokazało się porośnięte trzcinami bagno. Z wody wystawały strzeliste pnie martwych drzew. 

         Wszystko ma swój koniec. Również jazda przez ten las musiała się skończyć. Wyjechaliśmy w Tychach. Zakryte dotąd przez gęste korony drzew słońce znów wzeszło oświetlając wszystko wokół. Znów pojawiły się przycięte pod linijkę, wypalone trawniczki przed domami, nagrzany beton i ta przeklęta żarówa na niebie, przed którą nie było ucieczki. W takich miejscach, przy bezchmurnym niebie może łatwo dopaść człowieka acedia - najgorsza z chorób duszy. Wpada się wtedy w stan niepokojącego zobojętnienia, wszystko wydaje się nie mieć sensu. Z otchłani wyłaniają się wtedy pożądania, uzależnienia, niepotrzebne myśli, obojętność... Wczesnochrześcijańscy ojcowie pustyni, już w V i IV wieku opisywali acedię. Pisali, że chorobę wywołuje Demon Południa - najgorszy ze złych duchów. Minęliśmy opryskany sprejem przystanek autobusowy, na którym siedziało pięć osób - trzech mężczyzn, kobieta koło pięćdziesiątki i młoda dziewczyna. Wszyscy gapili się w komórki. Milczeli. Nikt się nie uśmiechał. Ich oczy były puste. Nie było tam nic, prócz znudzenia i zobojętnienia. Nie wiem czy człowiek może utracić duszę, ale jeśli tak, to ci ludzie stracili ją, lub właśnie tracą. Została tylko pozbawiona głębi materia, wpatrzona sama w siebie...
        
         Szybko przejechaliśmy przez nieszczególne centrum Tychów. Mijaliśmy wielki browar, ponure familoki, szare blokowiska, nagrzane, betonowe chodniki. Wkrótce jednak miasto się skończyło i wjechaliśmy w jeden z największych kompleksów leśnych na Śląsku - Lasy Kobiórskie. Tu ruchliwa, miejska droga wchodziła w las. Nie mieliśmy wyboru - musieliśmy jechać nią jeszcze przez sześć kilometrów...

         Na śródleśnej łące, przy drodze stała tabliczka z herbem gminy Kobiór. Przedstawiała ona popiersie papieża Urbana na niebieskim tle. Pod spodem widniał napis "mała gmina z wielkim sercem". Po chwili znowu wjechaliśmy do lasu. Dojechaliśmy do miejsca gdzie nasza droga łączyła się z żółtym szlakiem rowerowym, biegnącym od Paprocan do Kobióra. Skręciliśmy w prawo. Wjechaliśmy na prostą, jakby odmierzoną od linijki drogę, po której obu stronach rosły wielkie, stare kasztanowce, tworząc piękną aleję. Drzewa te zrzucają liście dużo wcześniej od innych, więc cała aleja mieniła się odcieniami żółci i pomarańczu. Jesień już wyruszyła. Czuć to w powietrzu...

          Jechaliśmy przez las w stronę Piasku. Mijaliśmy potężne, wiekowe dęby, rozłożyste buki i gęste świerki. W pewnym momencie dojechaliśmy do miejsca gdzie droga rozgałęziała się zdumiewająco symetrycznie na dwie. W samym centrum tych rozstajów stał piękny, stary buk, na którym wisiała drewniana kapliczka Matki Bożej Częstochowskiej. Bardzo spodobała mi się ta kompozycja. Uwieczniłem ją na zdjęciu. "To doskonały pomysł na obraz", pomyślałem...

            Las się skończył. Znaleźliśmy się w Piasku - niewielkiej wsi, położonej tuż obok Pszczyny. Teraz przemieszczaliśmy się wzdłuż domków, niczym nie odróżniających się od innych nowobogackich domostw w Polsce - wystrzyżony trawnik, tuje również podcięte, betonowy podjazd, drogi samochód - siedziby najnudniejszych ludzi w kraju. 

         Po chwili zamknęły naszą drogę z obu stron wiekowe dęby - tu rozpoczynała się dębowa aleja Reitweg, posadzona jeszcze w XVIII wieku przez pszczyńską szlachtę. Ciągnęła się ona tak jeszcze przez dwa kilometry. Niektóre drzewa były niskie, ale za to tak grube, że aby je objąć potrzeba byłoby pięciu osób. Inne znowu były tak wysokie, że zdawały się swoimi koronami sięgać chmur. Górowały nad całym otoczeniem - poukładane domki, zdawały się być niesamowicie malutkie przy tych kolosach. Nic dziwnego - przecież to wiekowi królowie tej ziemi...

         W końcu znaleźliśmy się u celu - w pszczyńskim parku pałacowym. Był on wykonany w stylu angielskim - nie było tu żadnych przyciętych roślin i krótkich trawników. To park krajobrazowy. Większość jego przestrzeni porastają stare rozłożyste drzewa. Resztę zajmuje nieprzycięta trawa i sieć małych stawów. Niestety nawet w tym pięknym miejscu unosił się w powietrzu letni duch bachanaliów, połączony ze swego rodzaju niedzielną ciężkością - przez park przechodziły całe tabuny "niedzielkowiczów". Starsi ludzie w wyprasowanych spodniach w kancik i koszulach szli sztywno pod drzewami, zmierzając prawdopodobnie z, lub do kościoła. Przemykała tędy również młodzież i dorośli. Wszyscy ci nastolatkowie wyglądali dokładnie tak samo, ubrani według trendów podyktowanych przez wielkie korporacje; obcisłe dżinsowe spodnie, adidasy, firmowe koszulki, krótkie włosy z grzywką. Nastolatki również wyglądały jak klony: krótkie spodenki, firmowe koszulki i buty. Słowem zwykła, sztywna niedziela, niczym nie przypominające świętego dnia...

         Wracaliśmy. Już dawno minęliśmy Piasek. Teraz zmierzaliśmy z powrotem w kierunku Kobióra. Mijaliśmy te same, piękne wysokie drzewa. Nagle dostrzegłem coś zupełnie innego - wśród zwartej gromadki świerków stał buk. Pień drzewa był rozpołowiony przez piorun. Co ciekawe drzewo nie umarło - gałęzie rosnące na samym dole przetrwały i teraz rozrastały się wokół martwego, rozpołowionego i czerniejącego pnia. "Jaka natura potrafi być silna", pomyślałem...

           Znów sunęliśmy jesienną kasztanową aleją, tym razem po przeciwnej stronie ruchliwej drogi do Pszczyny. Był to trakt do Paprocan. Gdy tak mijaliśmy te piękne drzewa, szykujące się już teraz do zapadnięcia w zimowy sen, przypomniał mi się jeden z moich ulubionych utworów - Koło Źródła, zespołu Za Siódmą Górą. Ta muzyka przypomina mi podróż, nie tylko fizyczną, ale też mistyczną wędrówkę ku jesieni. Wraz z przyjściem jesieni znika z ulic rozpite towarzystwo, słońce zachodzi za chmury, letnie grzechy i bachanalia zmywają zimne, oczyszczające deszcze, robi się chłodniej, wszystko się uspokaja... To taka podróż ku zachodowi słońca, ku spokojnemu wieczorowi.

             Dojechaliśmy do Jeziora Paprocańskiego. Minęliśmy poniemiecki pensjonat nad jego brzegiem. Okalaliśmy zalew. Minęliśmy drewniany taras nad północnym brzegiem jeziora. Tu również roiło się od "niedzielkowiczów". Ci również wyglądali dokładnie tak samo jak ci, którzy spacerowali po pszczyńskim parku. Różnili się od nich tylko tym, że część leniwie leżała na leżakach w słońcu...

              Wyjeżdżaliśmy z Tychów. Beton zaczął zanikać. Duże miasto przekształciło się w otoczone polami wsie. Bogate domostwa ustąpiły miejsce skromnym gospodarstwom i smutnym, małym domkom z czerwonej cegły. Szybko minęliśmy wiejski kościół z wysoką wieżą, do którego ludzie właśnie schodzili się na mszę. Przejechaliśmy mały lasek i znaleźliśmy się na polnej drodze biegnącej wzdłuż ogromnego pola. Wkrótce znaleźliśmy się w centrum szczerego pola. Ze wszystkich stron otaczały nas łąki i pola. Domów nie było tu w ogóle. W dużym oddaleniu majaczył przed nami ciemny pas lędzińskich lasów. Po prawej stronie również widać było jedynie bezkresne pola. Gdzieś daleko zbocze wzgórza porastał sad, a na ostatnim planie wznosiło się kopulaste wzgórze. Na jego szczycie stał kościółek, tak malutki, że zdawał się być wielkości pudełka po zapałkach. Znałem go. Wiele razy już go mijaliśmy. To kościół wznoszący się nad Lędzinami. Obejrzałem się za siebie. Nad Tychami zawisła wielka chmura burzowa. Strugi wody spadające z nieba przypominały zręcznie nakreślone na białym papierze, granatowym atramentem linie. Po chwili dostrzegłem, że nie była to jedyna burza w okolicy. W niewielkim oddaleniu od niej nadciągały dwie mniejsze i jeszcze jedna duża. Słońce zniknęło za chmurami, a burze groźnie sunęły po niebie. Zrobiłem kilka zdjęć. Chciałem zapamiętać to miejsce. Schowałem aparat do pokrowca i pojechaliśmy dalej...

                Znów znaleźliśmy się w Zamościu. Czerwona dachówka mocno kontrastowała z ciemnym morzem chmur, spowijających niebo. Na dziurawej drodze widać było kilka sporych kałuż. "Musiała tędy przejść burza omijając nas", pomyślałem. Wjechaliśmy w ciemny las. Ustaliliśmy, że nie pojedziemy czarnym szlakiem, którym zawsze przecinaliśmy ten las, tylko zielonym, nieco dłuższym. Na rozstajach skręciliśmy w prawo i nie pojechaliśmy prosto. Na wskazówce oznaczonej zielonym paskiem było napisane: "Kamienna Góra, Płone Bagno". Droga była kamienista, nie jechało się po niej dobrze. Widać było, że szlak ten wytyczono znacznie później niż czarny. Nie było tutaj widać nikogo. Jechaliśmy coraz bardziej w głąb lasu, by w końcu znaleźć się w jego sercu...

         Po kilku kilometrach jazdy dostrzegliśmy pierwszych ludzi: była to jakaś młoda kobieta, z mężczyzną, którzy prowadzili na smyczy dużego, białego psa pasterskiego i zakonnica. Siostra szła polną drogą, w głąb lasu. Wyprzedziliśmy ją i zatrzymaliśmy się pod niewielką drewnianą wiatą, obok której stała para młodych ludzi. Dziadek usiadł, a ja poszedłem do lasu za potrzebą. W tym samym czasie zakonnica doszła do wiaty i spojrzała na mojego towarzysza. Uśmiechnęła się i powiedziała dziarsko:
- Damy radę!
I weszła w zarośniętą drogę leśną, którą nie przebiegał żaden ślad. Gdy wróciłem dostrzegłem w oddali jej czarny habit. Szła i szła. Jeszcze długo czerniała na tle leśnej drogi. Udało mi się jej zrobić zdjęcie. Chciałem to zapamiętać...


        Już byliśmy blisko domu. Jechaliśmy przez las. Długie cienie drzew kładły się na ziemi. Dojechaliśmy do miejsca, gdzie droga rozdzielała się na dwie. Przy rozstajach stała kapliczka Matki Bożej porośnięta bluszczem, podkreślająca świętość lasu...

piątek, 19 lipca 2019

Beton i stoki narciarskie - "nowa" wizja Beskidów..




         Góry są jednymi z najcenniejszych obszarów przyrodniczych w Polsce; wiodą tu ważne dla wielu gatunków korytarze ekologiczne, fragmenty naturalnych lasów są ostoją dla największych polskich ssaków, a tatrzańskie granie domem dla niewystępujących w żadnym innym zakątku naszego kraju, świstaków i kozic górskich. W wielu częściach Karpat środowisko współgra z człowiekiem, jednak niestety w polskich Beskidach wygląda to zupełnie inaczej... U nas przyroda nie jest partnerem, który pomaga się rozwinąć, a wrogiem, z którym trzeba walczyć i porządkować go...


Betonowa stolica gór


Hotel Gołębiewski w Wiśle, zdj. ilustracyjne


        Beskid Śląski jest chyba najbardziej zurbanizowanym pasmem polskich Karpat. Doskonale widać to po jego stolicy - Wiśle. Najbardziej rzucającą się w oczy rzeczą, przy wjeździe do miasta, jest ogromny luksusowy Hotel Gołębiewski, który wyraźnie dominuje nad całą miejscowością. Wiślańskie domy i betonowe apartamenty dochodzą praktycznie aż do samych szczytów gór (nawet do wysokości 800 m.n.p.m.). Wielkie budynki wypoczynkowe, skocznie i stoki narciarskie pocięły całą dolinę i przyległe pasma górskie, silnie kalecząc środowisko i krajobraz... Niemal całkowicie zniknęły stąd duże ssaki takie jak, niedźwiedzie i wilki, które niegdyś zamieszkiwały te góry. Rzeka Wisła została tam niemal całkowicie wyregulowana - nadbrzeżną roślinność wycięto, a brzegi umocniono kamieniami i betonem, oraz stworzono sieć sztucznych kaskad. W tamtym miejscu przypomina ona bardziej rynsztok, lub kanał niż królową polskich rzek (więcej o tym przeczytasz w tym tekście: Kraj suchy jak pieprz). Ludzie jeżdżą w góry po to aby pooddychać świeżym powietrzem (jest to jednak sprawa dość kontrowersyjna, ponieważ w miesiącach zimowych smog potrafi być tam większy niż np. w Krakowie), żeby zbliżyć się do natury, odpocząć od miasta. Czy dziś Wisła zapewnia to turystom? Szczerze w to wątpię - wcale nie przybliża ludziom natury, a sztuczne formy rozrywki, takie jak luksusowe hotele, baseny, parki linowe, tory gokartowe, automaty do gry i inne sztuczne formy rozrywki. Właściwie można byłoby taką samą miejscowość wybudować pod hałdą kopalnianą (uprzednio obsadzając ją częściowo drzewami i budując stoki narciarskie). Co roku do źródeł królowej rzek polskich przyjeżdżają dziesiątki tysięcy turystów, którzy często od samego Ustronia (miejscowość położona ok. 10 kilometrów od Wisły), muszą czekać w kilkugodzinnym korku, zanim dojadą do centrum miasta (stojące tabuny samochodów mogą wywołać smog nawet w środku lata). Właściwie tylko w kilku małych wiślańskich dzielnicach środowisko przyrodnicze zachowało się w stanie mniej naruszonym, m.in. w Czarnem i Malince. Z tej pierwszej można wyruszyć ciekawym szlakiem wzdłuż Białej Wisełki, gdzie zachował się las mający cechy naturalnego (choć i tam są porozsiewane niewielkie osiedla górskie, a większość trasy wiedzie drogą asfaltową), a z drugiej można podążyć na szczyt Malinowskiej Skały (1152 m.n.p.m.), będącej bardzo widokowym i ciekawym szczytem (jak i całe pasmo Baraniej Góry i Skrzycznego). Turyści, którzy chcą się zetknąć z naturą, muszą jednak oddalić się przynajmniej kilka kilometrów od centrum betonowej stolicy...


 Dzika przyroda na uboczu


Hala Jaworowa - fot. Gazeta Codzienna
         Jedną z najcichszych i najspokojniejszych wsi w Beskidzie Śląskim jest Brenna. Miejscowość ta jest położona bardzo malowniczo, w dolinie rzeczki Brennicy, równoległej do tej wiślańskiej. Tam jednak krajobraz zupełnie nie przypomina tego, ze stolicy tych gór: domy nie wspinają się na szczyty gór (większość nie przekracza granicy lasu), a hotele (których jest tam zaledwie kilka) znajdują się w centrum wsi, a ich rozmiary nie są wielkie. Znajduje się tam zaledwie 5 małych ośrodków narciarskich, ukrytych w wąskich i głębokich dolinach. Wokół Brennej zachowały się bardzo cenne fragmenty górskich lasów, w stanie mocno zbliżonym do naturalnego, położonych w różnych miejscach (np. na północnych i północno -zachodnich stokach Kotarza, w dolinie potoku Hołcyna, Leśnicy, lub Potoku Goleszowskiego). Znajduje tam się również bardzo cenna pamiątka po dawniej silnie rozwiniętej tradycji pasterskiej - Hala Jaworowa (inaczej Hala Kotarska). Jest to największa polana w Beskidzie Śląskim, a zarazem jedna z najstarszych (niektóre źródła podają, że wypas owiec był prowadzony tam już w XVI wieku). Na hali powstały piękne, typowe dla regla dolnego łąki. Tego typu polany pozwalają na ochronę gatunków roślin i owadów, które nie występują w żadnych innych siedliskach. Korzystają z nich również ptaki drapieżne, którym trudno jest polować na małe gryzonie w wąskich dolinach rzecznych, lub jelenie, które znajdą tam o wiele więcej pożywienia, niż w głębi lasu. Ponadto Hala Jaworowa posiada bardzo duże walory krajobrazowe - niesamowicie harmonijnie wpisuje się w otaczający ją pejzaż. Należy również do najbardziej widokowych miejsc w tej części Beskidów; można stamtąd obejrzeć prawie wszystkie pasma Beskidu Śląskiego. Mimo tych wszystkich walorów Hala Jaworowa nie jest często odwiedzana przez turystów, a wynika to głównie z jej położenia (by do niej dojść potrzeba przynajmniej godziny wędrówki kamienistymi górskimi szlakami). Dzięki temu, że polana jest położona na uboczu, udało się ją zachować w stanie właściwie niezmienionym po dziś dzień. Jednak nawet i to położone na "zapleczu" Beskidu Śląskiego miejsce jest zagrożone...


 Dziedzictwo zagrożone, czyli betonujemy dalej...



         Niedawno Brenną zainteresowali się inwestorzy. Kilka lat temu utworzyli firmę Kotarz Agro, której głównym założeniem jest rozwój zadłużonej wsi. Na ich stronie internetowej można znaleźć posty na temat regionalnej kultury i przyrody gór, na których rzekomo im bardzo zależy. Pokazują mieszkańcom, że gmina dzięki ich projektowi się rozwinie: rozbudują infrastrukturę turystyczną i drogową. Brennianie szybko uwierzyli inwestorowi, twierdząc że jego inwestycje faktycznie przyniosą im materialne korzyści. W ten sposób firma Kotarz Agro, bardzo sprytnie zdobyła sobie zaufanie mieszkańców i mogła pójść nieco dalej w swoich działaniach. Kilka lat temu inwestor utworzył projekt o nazwie "Kotarz Arena", którego celem jest... zbudowanie gigantycznego ośrodka wypoczynkowego (mającego należeć do największych w tej części Europy), w jednym z najcenniejszych krajobrazowo i przyrodniczo miejsc, czyli regionie wcześniej wspomnianej Hali Jaworowej i Kotarza. Kotarz Agro planuje wyciąć pod ten projekt aż 25 ha lasu (który opisywałem we wcześniejszej części artykułu)! Oczywiście większość "złapanych na wędkę" mieszkańców nie wyraziła sprzeciwu, a wręcz przeciwnie - bardzo uradowali się, że taka "wspaniała" inwestycja zostanie zrealizowana w ich gminie. Tylko niewielka część brennian wyraziła silny sprzeciw (byli to głównie ludzie mieszkający u podnóża góry Kotarz i Hali Jaworowej, oraz aktywiści ekologiczni). Utworzyli oni ruch społeczny o kryptonimie "SOS dla Hali Jaworowej", działający przeciwko inwestycji. Jednak w ostatnim czasie najsilniejszych działań przeciw "Kotarz Arenie" podjęła się Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot (polskie towarzystwo ekologiczne). Jego przedstawiciele uczestniczyli (i będą uczestniczyć) w spotkaniach z samorządami Brennej i Szczyrku (przedsięwzięcie powiązało się również z tą drugą miejscowością), szukali odpowiednich dokumentów, oraz zaczęli badać miejsce, które Kotarz Agro chce wykupić pod ośrodek. Sprawę wprowadzono do SKO (Samorządowa Komisja Okręgowa), która po wielu obradach wydała opinię negatywną dla inwestycji w Brennej, co postawiło ją pod znakiem zapytania. Decyzja komisji jednak nie zamyka przedsięwzięcia całkowicie, ponieważ jak twierdzi Kotarz Agro, nie jest ona ostateczna. Również Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot poinformowała mnie, że na razie sprawa jest w toku i, że na ten moment nie są w stanie udzielić mi więcej informacji.
        
         Jak jednak miałby wyglądać ośrodek na Kotarzu? Według informacji znalezionych przeze mnie w internecie miałyby tam powstać m.in.

·                    Elektrownia szczytowo - pompowa, oparta na zbiornikach małej retencji (na Hali Jaworowej),
·                    Farma fotowoltaiczna (na Hali Jaworowej, lub na przestrzeni otwartej, otrzymanej po uprzednim wyrębie lasu),
·                    Przemysłowy magazyn energii,
·                    Mikro turbiny wiatrowe o pionowej osi obrotu, współpracujące z magazynami energii,
·                    Zespół mikro elektrowni wodnych,
·                    Infrastruktura transportowa oparta na pojazdach o napędzie elektrycznym, jak również rowerach elektrycznych, a także stacjach ładowania pojazdów,
·                    Centrum Badawczo - Rozwojowe Technologii Środowiskowych,
·                    Ogród botaniczny,
·                    Park etnograficzny,
·                    Hotel czterogwiazdkowy na 600 miejsc noclegowych, wraz z częścią konferencyjną na 1000 osób,
·                    Aquapark na 1500 osób,
·                    Zespół 280 aparthoteli,
·                    Kolej gondolowa, całoroczna o długości 2350 m,
·                    Pięć kolei sezonowych o łącznej długości od 700 do 1000 m,
·                    Kompleks 10 km tras do narciarstwa zjazdowego, oraz 10 km tras do narciarstwa biegowego,

Oraz wiele innych, tego typu nowinek dla turystów. Wszystkie założenia tego projektu znajdziecie w poniższej ulotce:

1 strona ulotki

2 strona ulotki


Czyż to nie jest hipokryzja? Inwestor chce wyrąbać ogromne połacie lasów w Beskidzie Śląskim (m.in. tych porastających zbocza Kotarza), by zbudować w ich miejscu ekologiczne elektrownie i ogród botaniczny... Kolejna sprzeczność - inwestycja zniszczy dawny, kulturowy wygląd Hali Jaworowej i zastąpi to parkiem etnograficznym... Kotarz Agro umieszcza na swojej stronie posty o przyrodzie gór i o kulturze regionu, pokazując swoje działania jako ekologiczne i właściwie pozbawione wad. Tymi zabiegami łatwo owinęli sobie ludzi wokół palca...
         Czy Brenna może wyjść z kryzysu bez "pomocy" inwestora? Czy gospodarka w górach może wyglądać inaczej? Przenieśmy się teraz za granicę naszego kraju...


 Słowacja dobrym gospodarzem gór



Słowacka wieś Podbiel - fot. autor

           Bardzo ważnym okresem dla ochrony przyrody na Słowacji był koniec XX i sam początek XXI wieku. Wtedy w słowackich Karpatach powstało aż siedem parków narodowych (chronologicznie PN Niżne Tatry, PN Słowacki Raj, Mała Fatra, PN Płaskowyż Murański, PN Połoniny, PN Kras Słowacki, oraz PN Wielka Fatra). Co bardzo istotne były one zakładane, tuż obok siebie, dzięki czemu większość pasm górskich położonych w centrum kraju została objęta ochroną. Sieć powstałych parków narodowych pozwoliła w znaczącym stopniu ochronić środowisko naturalne tej części Karpat. Dlaczego niewielkie odległości między nimi są tak ważne? Otóż mimo tego, że podzieliliśmy góry na pasma, to i tak funkcjonują one jak jeden wielki organizm - nie podzielony granicami. między poszczególnymi pasmami przebiegają tzw. korytarze ekologiczne, czyli swego rodzaju "trakty", którymi wędrują gatunki. Ulokowane blisko siebie parki narodowe bardzo wspomagają ochronę takich "szlaków", które pozwalają funkcjonować tym górom jak jeden organizm. Mimo wielu miejscowości położonych u podnóża gór, "sieć" ta funkcjonuje w sposób bardzo skuteczny. Ochrona karpackich korytarzy ekologicznych, jest bardzo ważna dla środowiska przyrodniczego tych gór; dzięki nim gatunki mogą swobodnie przemieszczać się między pasmami górskimi i mieszać z osobnikami zamieszkującymi inne tereny. Dlaczego wędrowanie gatunków jest tak ważne dla środowiska? Jako przykład podam populację jeleni, zamieszkującą pewne pasmo górskie. Jeżeli w takim miejscu nie ma żadnych większych drapieżników, przedstawiona grupa zacznie się coraz bardziej powiększać, a jej potrzeby wzrosną równie silnie. Jelenie będą potrzebowały więcej pokarmu i zaczną na masową skalę niszczyć młode drzewka np. buki, które są osobną populacją. W wypadku gdy korytarz ekologiczny (np. przez jakiś duży kompleks narciarski) jest zamknięty i inne gatunki nie są w stanie dotrzeć do wymienionego miejsca, bukowy las zacznie się w zupełnie niekontrolowany sposób pomniejszać. Gdy jednak takie przejście istnieje, populację jeleni może zwęszyć np. wataha wilków i korzystając z niego dostać się do niej. Wtedy duża grupa ulegnie rozbiciu i zmniejszeniu, a las zacznie odrastać - w środowisku zapanuje równowaga.

         Sieć parków narodowych w słowackich Karpatach wywarła bardzo silny wpływ na sposób gospodarowania w położonych u ich podnóża wsi. Z powodu tego, że góry zostały objęte ochroną, możliwość rozpoczęcia budowy jakichkolwiek dużych stoków narciarskich, czy wielkich inwestycji na ich zboczach została niemal całkowicie zablokowana. Słowacy udowodnili jednak, że ich gminy mogą się rozwinąć bez pomocy żadnego inwestora; postanowili postawić na rozwinięcie turystyki pieszej w regionie i promocji kultury regionu. Mieszkańcy pozakładali małe agroturystyki, oraz sklepiki z regionalnymi wyrobami. Powstała również sieć tzw. regiomatów - automatów sprzedających regionalną żywność (głównie sery z owczego mleka). Dzięki dobremu rozreklamowaniu tych terenów, do podgórskich wsi zaczęli napływać turyści.W Terchovej (wsi położonej u podnóża Małej Fatry), co roku odbywa się festiwal folklorystyczny "Janosikowe Dni" (wykształcił się tam odłam muzyki ludowej, tzw. "terchovská ľudova hudba" wpisany na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO). Tym sposobem tradycyjny wygląd górskich wsi zachował się do dziś w stanie niewiele zmienionym, górska przyroda pozostała skutecznie chroniona, a mieszkańcy regionu się wzbogacili.
                  
         Czy gospodarka w polskich Karpatach nie mogłaby wyglądać w ten sposób? Czy polscy turyści nie potrafią się już zachwycać dziką naturą i potrzebują dodatkowych, sztucznych atrakcji? Czy musimy wiecznie rywalizować z nią? Myślę, że to dobry temat do rozważenia dla beskidzkich samorządowców.

sobota, 13 lipca 2019

Kraj suchy jak pieprz




         Tak... Polska należy do najsuchszych krajów Unii Europejskiej. Wielkość naszych zasobów wodnych jest porównywalna do zapasów Egiptu. Jesteśmy bardziej zagrożeni deficytem wody niż afrykański Czad. Wcześniej ten problem nie był w ogóle zauważany, jednak teraz jest zupełnie inaczej. W Europie Środkowej coraz częściej pojawiają się długie susze i fale upałów; przestajemy sobie radzić z gospodarowaniem wodą. 12 czerwca 2019 roku, w Skierniewicach (woj. Łódzkie) zabrakło wody pitnej w kranach, co nigdy dotąd w Polsce nie miało miejsca. Dlaczego nasze zasoby wodne są tak niewielkie? Czy w przyszłości sytuacja ze Skierniewic może się powtórzyć? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w tym tekście...


Rzeki jak rynny


         Na samym początku spójrzmy na fot. nr 1; przedstawia ono ujęcie rzeki Wisły w stolicy Beskidu Śląskiego - Wiśle. Krajobraz jest dość monotonny: brzegi rzeki zostały ogołocone ze wszelkiej roślinności, umocnione betonem i kamieniami, a oddalone od siebie w równych odstępach sztuczne kaskady wyglądają niemal identycznie (niewidoczne na zdjęciu). Wszystko wyrównano pod linijkę. Na tym odcinku Wisła bardziej niż rzekę przypomina kanał, betonową rynnę, czy miejski rynsztok. 


zdjęcie nr 1, fot. autor
   Władze zapewniają mieszkańców, że dokonując regulacji zabezpieczą ich domostwa, a podtopienia przy długotrwałych deszczach odejdą w niepamięć. Rzeka jednak jest regulowana z zupełnie innego powodu - lenistwa i braku kreatywności lokalnych polityków. Wyregulowane cieki działają bardzo podobnie do ulicznego rynsztoku - bardzo szybko i skutecznie osuszają przyległy do nich teren. Do tego wytrzymałość betonowych wałów jest na tyle duża, że władze mogą zupełnie zapomnieć o rzece nawet na kilkadziesiąt lat. Wszystko wygląda w porządku: rzeką odpływa nadmiar wody, a wały nie wymagają częstych remontów. Całe to dobrze wyglądające przedsięwzięcie jest jednak naznaczone niekonsekwencjami. Jedną z nich jest to, że niezależnie czy mamy falę deszczu, czy okres suchy, ciek w obu przypadkach odprowadza wodę tak samo skutecznie. Jak łatwo z tego wywnioskować jest to gotowy przepis na lokalną suszę. Kolejną sprzecznością  jest to, że zawsze pozbywamy się wody i nigdzie jej nie magazynujemy. Mamy co prawda kilka dużych zbiorników retencyjnych, lecz one nawadniają nasze gleby jedynie w znikomym stopniu, ponieważ większość zawartości kierują do naszych kranów. Wzdłuż rzeki nieuregulowanej tworzą się naturalne rozlewiska i tereny podmokłe okresowo zalewane. Takie nadbrzeżne bagna i podmokłe łąki to potężne magazyny wody, działające jak gąbka - podczas okresów deszczowych chłoną wilgoć, a gdy przychodzi susza ją oddają. Było to niesamowicie korzystne dla rolników, którzy podczas suchych miesięcy nie musieli sztucznie nawadniać swoich upraw. W sytuacji gdy rzeka jest wyregulowana, jej nurt wzrasta i się rozpędza. Woda z całej Polski gna do Bałtyku, przez co wały mające pewną wytrzymałość pękają, a miliony ton cennej substancji rozlewa się po okolicznych terenach, robiąc potężne szkody. Następną sprzecznością jest wycinanie drzew rosnących na brzegach rzek. Zieleń umacnia swoimi korzeniami wały, oraz zatrzymuje wilgoć, dzięki czemu efekt osuszania terenu zostaje znacząco złagodzony.

Niesprzyjający klimat


         Przedstawiłem tu zaledwie ułamek wszystkich niekonsekwencji związanych z tym przestarzałym systemem gospodarowania rzekami (nie jest on wcale współczesny; jego początki sięgają początku XX wieku). Opisałem zaledwie niewielki fragment Wisły u jej źródeł, a przecież mamy w Polsce o wiele więcej uregulowanych rzek i strumieni. Kolejnym czynnikiem, który sprawia, że betonowanie rzek nie sprawdza się, jest nasz klimat. Jesteśmy położeni między oceanem Atlantyckim i gigantycznym kontynentem azjatyckim (bliskość dużych zbiorników wodnych wiąże się ze wzrostem opadów, a oddalenie od nich ich zmniejszeniem). Klimat Europy Zachodniej jest wilgotniejszy od polskiego, a opady są rozłożone dość równomiernie. W Polsce sprawa wygląda nieco inaczej; z powody położenia między dwoma typami klimatu (wilgotniejszym i suchszym) występują u nas (czasem bardzo wysokie) wahania wielkości opadów (regulacja rzek nie sprawdza się w okresach suchych). Mamy również sytuację odwrotną niż w zachodniej części Europy - nasze opady nie są rozłożone równomiernie. Najwyższe występują w górach i na wyżynach (w Katowicach notuje się ok. 700 mm rocznie, a w Zakopanem nawet ok. 2000 mm), natomiast najniższe na Nizinie Wielkopolskiej i Mazowieckiej (nawet poniżej 450 mm rocznie). W naszym środowisku stare systemy hydrotechniczne nie pozwalają skutecznie zatrzymywać wilgoci w glebie (duże zbiorniki retencyjne magazynują wodę, ale nawilżają grunt tylko w znikomym stopniu, gdyż większość ich zawartości trafia do naszych kranów). Dodatkowo do naszych nie harmonijnie rozłożonych opadów swoje trzy grosze dorzucają zmiany klimatu (coraz częstsze susze i upały, ale również i powodzie, oraz ulewy), o których piszę nieco szerzej w innym moim tekście.

Kanały i rowy przydrożne


         Nie tylko duże rzeki wpływają na wielkość zasobów wodnych Polski. Każdy kanał i rów przydrożny ma znaczący wpływ na wielkość zasobów wody. Owszem, jeden przekop może wpłynąć na nawilżenie terenu jedynie w lokalnym zakresie, jednak jest jeden szkopuł - występują one niemal wszędzie. Wzdłuż praktycznie każdej drogi ciągnie się jeden, lub nawet dwa rowy przydrożne, a sztuczne kanały przecinają obecnie niemal każde miasto. To one odprowadzają wodę z pól i lasów do rzek. Ponieważ występują prawie w każdym miejscu, mają potężny wpływ na zawartość wody w glebie, ale mimo tak wielkiej wagi (na tej samej zasadzie co wcześniej przez mnie wspomniana sprawa rzek) temat ten ląduje na marginesie. Zadam Wam teraz kluczowe pytanie: czy widzieliście kiedyś jakikolwiek, polski rów przydrożny, który byłby poprzegradzany niskim systemem zastawek? Czy widzieliście kiedykolwiek śródpolny kanał poprzegradzany bramkami wodnymi? Z pewnością większość z Was udzieliłoby przeczącej odpowiedzi na to pytanie. Właśnie to jest jeden z fundamentalnych bolączek polskiej gospodarki wodnej. Każdy rów, lub kanał działa dokładnie tak samo jak uregulowana rzeka - w szybki i skuteczny sposób osusza swoją okolicę, niezależnie od tego czy mamy suszę, czy też dwutygodniową ulewę. Tak więc w suchy czas sto niepozornych dołów, może niemal całkowicie osuszyć sto wielkich pól uprawnych. Jak sobie radzą z tym faktem kraje zachodnie? - instalują systemy zastawek na największych przekopach. Jak to działa? Podczas ulew bramki są unoszone do góry, by woda mogła swobodnie spłynąć w dół, natomiast podczas susz odwrotnie - są opuszczane w dół, zatrzymując w ten sposób wodę. Jest to sposób niesamowicie skuteczny, jednak ma jeden potężny minus - by go zrealizować trzeba dysponować potężną kwotą pieniędzy, które samorządowcy niechętnie wydają na tego typu projekty.

Kosiarkowy szał


         Już od jakiegoś czasu panuje w Polsce moda na koszenie trawników pod linijkę - jak na boisku piłkarskim lub polu golfowym. W ostatnich latach trend przekształcił się w swego rodzaju obłęd. Niemal w każdym polskim ogrodzie trawa jest regularnie przycinana, tak że nawet najmniejsza stokrotka nie ma szansy tam wyrosnąć. Kosimy wszędzie - nawet nieużytki, parki i pobocza autostrad. Jak ma się to jednak do naszych zapasów wody? Gdy skosimy trawnik i nagle nadejdzie fala upałów, zieleń zanim zdąży trochę podrosnąć od razu zostanie spalona pod słońce. Wtedy już nie izoluje właściwie w żaden sposób gleby, od padającego z nieba żaru, więc ziemia zaczyna się nagrzewać. Wraz z podwyższeniem temperatury ziemi wzrasta parowanie wody w niej zawartej (dzieje się właściwie to samo co w przypadku rowów przydrożnych, tyle, że tu woda "uchodzi" do atmosfery). Dla zobrazowania umieszczam pod spodem zdjęcie nr 2, przedstawiające skoszony trawnik dosłownie "spalony" przez słońce, oraz nr 3, przedstawiające suchy grunt odsłonięty po intensywnym koszeniu .

zdjęcie nr 2, fot. Sylwia Fort
zdjęcie nr 3, fot. Sylwia Fort
Wysokie parowanie z gleby powoduje powstawanie burz. Jednak dlaczego są one zjawiskami niepozytywnym, a zwykły deszcz pozytywnym? Tzw. opad wielkoskalowy (deszcz) trwa długo, równomiernie rozkłada się na terenie i jest łagodny, natomiast burza jest tego przeciwieństwem - pada w krótkim czasie, z chmury spadają ogromne ilości wody i rozlewają się bardzo nierównomiernie. W pierwszym przypadku woda powoli wsiąka w ziemię i tam się magazynuje, natomiast w drugim cenny minerał nie zostaje w glebie, lecz spływa po zeschniętej ziemi (tworzącej skorupę), jak po dachówkach do rynny (tu rolę rynny odgrywa rzeka, strumień, kanał, lub rów przydrożny). Burze co prawda krótkotrwale potrafią ochłodzić pogodę, ale na pewno nie nawilżą znacząco gleby (szczególnie po długotrwałej suszy).

Co możemy zrobić?


         Jak możemy zapobiegać "uciekaniu" wody z Polski? Na pewno warto skończyć z koszeniem trawy w okresy suche, lub upalne (to nic nie kosztuje, kosiarka może postać w garażu, a Wy nie musicie nic robić - reszta roboty należy do trawnika :) ). Jeżeli posiadacie dzikie łąki, w żadnym wypadku ich nie koście - to potężny magazyn wody i dom dla setek gatunków roślin, owadów, płazów, owadów i ptaków. Kolejną rzeczą, którą możecie zrobić, to posadzenie drzew w swoim ogrodzie, jeśli ich tam jeszcze nie ma (najlepiej środkowoeuropejskie gatunki). A co mogą zrobić osoby mieszkające w miastach i nie posiadające ani skrawka ziemi? Walczcie o każdy fragment zieleni w Waszym mieście. Jeżeli widzicie, że w jakimś miejscu wyrasta piękna, naturalna łąką i obawiacie się, że może zostać wycięta, sporządźcie petycję do Zieleni Miejskiej i pozbierajcie podpisy, lub sporządźcie pismo. Możecie również wspierać różne projekty mające na celu powiększenie miejskiej zieleni (możecie także głosować za różnymi projektami, podczas tzw. Budżetu Obywatelskiego w swoim mieście). Warto również oszczędzać wodę w okresie letnich susz i upałów. Zachęcam Was również do picia wody prosto z kranu - jest ona bardzo często równie dobrej jakości jak ta, którą kupujemy w sklepie.




czwartek, 9 sierpnia 2018

Czantoria - dom czarta




         Wielka Czantoria jest przez większość ludzi kojarzona z narciarstwem i kolejkami linowymi. Jednak obie Czantorie (wielka i mała) kryją przed nami wiele tajemnic...

         Wielka Czantoria (995 m.n.p.m) oraz Mała Czantoria (866 m.n.p.m) są przedzielonymi siodłem górami kończącymi pasmo Czantorii i Stożka, którego Wielka Czantoria jest najwyższym szczytem.
         Nazwa „czantoria” pojawiła się nie bez powodu; Wywodzi się ona z nazwy „Czartoryja” które oznacza dosłownie „miejsce zryte przez czarty”. Wiąże się to z wieloma beskidzkimi legendami, które określają szczyt jako zamieszkaną przez czarty (opowieści ludowe mówią o wejście do piekła przez jaskinię w zboczach góry). Nic dziwnego, że miejscowa ludność kojarzyła z tym ten majestatyczny masyw; Na wyobraźnię górali wpływała pewnie majestatyczny wygląd, oraz pradawny ciemny las.
         Puszcza karpacka porastająca północne zbocza czantorii, na szczęście przetrwała do dziś, a najcenniejszą część tego jedynego w Beskidzie Śląskim naturalnego lasu dolnoreglowego objęto w 1997 roku Rezerwatem Przyrody "Czantoria", który zajmuje aż 97 ha. Rosną tu bardzo wysokie i grube, porośnięte mchem buki, oraz wiekowe świerki i jodły. Rezerwat jest ostoją jelenia szlachetnego, rysia, a od czasu do czasu z wizytą zaglądają tu pojedyncze niedźwiedzie. Jednak nie jest to jedyny rezerwat na stokach tej góry; Również i Czesi już 9 lat wcześniej założyli Narodowy Rezerwat Przyrody* „čantoria” (nieco mniejszy, bo o powierzchni ok. 37 ha), które chroni również fragmenty naturalnego regla dolnego, oraz bardzo niewielki, lecz bardzo cenny fragment regla górnego, z ogromnymi rozłożystymi świerkami, pomiędzy którymi tworzą się niewielkie polanki porośnięte borówkami.
         Lecz co to jest regiel dolny i górny? Są to piętra roślinne występujące w górach, które są wprost proporcjonalne do pięter klimatycznych (temperatura spada o 0.6 st. co 100 m, im wyżej tym zimniej) piętra roślinne na Czantorii to:

·                     piętro pogórza do 450 m.n.p.m (pola uprawne, domy, łąki),
·                     piętro regla dolnego od 450 m.n.p.m do 850 m.n.p.m (buk, jodła, lipa, w wyższej części coraz więcej świerków),
·                     piętro regla górnego od 850 m.n.p.m do 997 m.n.p.m (świerk, borówka),

W wyższych górach występuje jeszcze więcej pięter, np. Babia góra:

·                     piętro pogórza do 500 m.n.p.m (zabudowania, domy),
·                     piętro regla dolnego od 500 m.n.p.m do 1000 m.n.p.m (buk, jodła, grab, lipa, wyżej coraz więcej świerków),
·                     piętro regla górnego od 1000 m.n.p.m do 1400 m.n.p.m (świerk, borówka),
·                     piętro subalpejskie od 1400 m.n.p.m do 1500 m.n.p.m (kosodrzewina, trawy wysokogórskie, skały),
·                     piętro alpejskie od 1500 m.n.p.m do 1725 m.n.p.m (trawy wysokogórskie, skały),

         To, że w pełni naturalny las zachował się na W. Czantorii to nie przypadek. Wynikało to z tego, że w okresie, w którym Polska znajdowała się pod zaborami, Beskid Śląski, oraz Śląsk Cieszyński, znalazły się w rękach Austro-Węgier. Wtedy władzę nad całym Śląskiem Cieszyńskim oraz przyległymi górami, objęli Habsburgowie. Władcy w XVIII w. zauważywszy, że Beskidy posiadają bardzo bogate zasoby leśne, więc zaczęli ciąć pierwotną puszczę karpacką, a szczególnie w Beskidzie Śląskim. Czartoryjne lasy nie ucierpiały, ze względu na to, że na szczyt nie prowadziły wtedy jeszcze żadne drogi, a, strome zbocza uniemożliwiały dotarcie w głąb lasu pracownikom leśnym.
         Jak wcześniej już wspomniałem nieco dalej na północ leży druga - Mała Czantoria, mierząca 866 m.n.p.m. Jednak mimo niedużej wysokości jest to szczyt równie ciekawy, niżeli jej wyższy odpowiednik. Góra ta nie jest objęta żadnym rezerwatem przyrody, więc jest mocniej zagospodarowana, niż jej sąsiadka. Widać to szczególnie u północnych podnóży góry, gdzie jest nasadzona typowa monokultura bukowa. Zupełnie inaczej wygląda las w szczytowych partiach; Tu las jest o wiele bardziej zdziczały i widać, że ze względu na brak możliwości wjechania ciężkich maszyn po stromych zboczach od dawna nie prowadzi się tutaj wycinki. Nasadzone przez człowieka teraz już bardzo stare świerki zmieniły się z monokultury świerkowej, w bardzo cenny  fragment lasu górnoreglowego. Bardzo ciekawy jest również sam szczyt, z dwoma widokowymi, całkiem sporymi polanami, które są pamiątką po niegdyś często wypasanych tu stadach owiec (na polanie Cichula stoi, ciągle użytkowana, drewniana bacówka). Ogromne połacie tych sztucznie utworzonych łąk górskich, porośniętych skąpą trawą, są ostoją różnych gatunków ptaków, jak myszołów, pustułka, czy krogulec. Korzystają z nich również sarny, oraz mniej liczne jelenie.
         Otuliną polan są lasy bukowe. Jednak drzewa te różnią się diametralnie od tych rosnących w niższych partiach; Chodzi tu o ich bardzo niską wysokość, grube pnie i powykręcane gałęzie (takie drzewa występują w szczytowych partiach Czantorii Wielkiej). Jest to dowodem na to, że polany są nawiedzane przez częste wichury i silne wiatry, niepozwalające drzewom rosnąć wyżej.
         Z największej polany na Małej Czantorii korzystają również paralotniarze, dla których polana jest doskonałym miejscem startu i lądowania.
         Gorąco zachęcam do odwiedzenia obu Czantorii, zdobywając je drogą pieszą.

przypisy:
*formy ochrony przyrody w Czechach:
1.     Přirodní Rezervace (rezerwat przyrody) - odpowiednik polskiego użytku ekologicznego,
2.     Národní Přirodní Rezervace (narodowy rezerwat przyrody) - odpowiednik polskiego rezerwatu przyrody,
3.     Chráněná Krajinná Oblast (chroniony obszar krajobrazowy) - odpowiednik polskiego parku krajobrazowego,
4.     Národní Park – park narodowy,
Inne formy ochrony przyrody w Republice Czeskiej to:
 1.     Přírodní památka – (pamiątka przyrodnicza) – odpowiednik polskiego pomnika przyrody,

  2.     Národní Přírodní Památka – narodowy pomnik przyrody