Pokazywanie postów oznaczonych etykietą etyka ekologiczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą etyka ekologiczna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 listopada 2023

Przestrzeń upodmiotowiona - obraz relacji człowieka i środowiska geograficznego w kinie dokumentalnym

Z całą pewnością film należy do najniezwyklejszych, a zarazem najbardziej znamiennych dla współczesnej kultury form. To medium umożliwia połączenie literacko dynamicznej fabuły, z wiernym, fotograficznym odwzorowaniem różnych aspektów rzeczywistości. Analizy filmów zazwyczaj jednak podkreślają znaczenie warstwy narracyjnej, przesuwając pozostałe elementy świata przedstawionego – takie, jak  fizyczna przestrzeń - na margines. Z tego też względu warto postawić pytanie - czy przestrzeń pełni w kinie jedynie funkcję użytecznej scenografii? Kiedy bowiem prześledzimy uważnie jego historię, dostrzeżemy, iż w wielu obrazach środowisko geograficzne gra niemałą rolę, mało tego - zostaje upodmiotowione, wchodząc w interakcję z bohaterami. Taka perspektywa najwyraźniej uwidacznia się w pozbawionych jednolitej fabuły filmach dokumentalnych, których tradycja sięga początku XX wieku. Przedstawione w nich wizje relacji człowieka i przestrzeni, ze względu na wnikliwość prezentacji oraz znaczne zróżnicowanie jej charakteru, mogą okazać się niebywale interesujące również z punktu widzenia współczesnej geografii.

Prehistoria kina dokumentalnego

Od lewej "Wyjście robotników z fabryki" i "Wjazd pociągu na stację w La Ciotat"  - filmy braci Lumière. 

Aby pełniej zrozumieć wartość filmowych portretów więzi ludzkości i środowiska geograficznego warto cofnąć się w czasie - do samego początku historii kina. Przyglądając się pierwszym, powstałym na przełomie XIX i XX wieku obrazom, łatwo dostrzec, iż posiadały one cechy bardzo charakterystyczne właśnie dla dokumentów - były to głównie pozbawione fabuły krótkometrażówki, ukazujące prawdziwe, niezainscenizowane zdarzenia. Z pewnością należy wśród nich wyróżnić “Wyjście robotników z fabryki” z 1895 roku (pierwszym w dziejach wyświetlonym publicznie) oraz “Wjazd pociągu na stację w La Ciotat” z 1896 roku, autorstwa braci Lumière, uznawanych za ojców kina. Oba filmy pokazują bardzo krótkie (trwające po niecałą minutę) sceny z życia codziennego Francji przełomu wieków. Warto tu podkreślić, że tworzenie tego typu krótkometrażówek nie było dla braci Lumière, w przeciwieństwie do działających w późniejszych latach reżyserów-reportażystów środkiem przekazania jakiejkolwiek refleksji, czy przekazu, a kinematograficznym eksperymentem, kuriozum zachwycającym publiczność jarmarcznych projekcji na przełomie XIX i XX wieku. Idąc dalej, można stwierdzić, iż tego rodzaju pokazy zaczęły w tamtym okresie stawać się rozrywką integrującą, a nawet umacniającą poczucie tożsamości lokalnych społeczeństw, które na takich widowiskach mogły wspólnie oglądać kadry, ukazujące często ich samych.

Powyższe twierdzenie jeszcze wyraźniej uwidacznia się w innej, brytyjskiej serii kilkudziesięciu krótkometrażówek zatytułowanej “Electric Edwardians”, powstałych w latach 1900-1913. Twórcy - Sagar Mitchell i James Kenyon - zrealizowali ją, dokumentując sceny z życia prowincjonalnej Anglii, właśnie w celu zaprezentowania sfilmowanych kadrów na lokalnych projekcjach. Dla miejscowej ludności możliwość zobaczenia siebie na ekranie było doświadczeniem niezwykłym - wyróżnieniem. W “Electric Edwardians” przedstawiono głównie chwile uroczyste, takie jak np. szkolny apel, podczas którego dzieci prezentują ćwiczenia fizyczne, przemarsz młodzieżowej orkiestry ulicami miasteczka, korowód studentów w Birmingham itd. Te dokumenty - podobnie jak filmy braci Lumière - przypominają w charakterze wprawione w ruch widokówki z edwardiańskiej Anglii i nie ukazują trudu codziennego życia jej mieszkańców, wynikającego z różnej natury problemów społecznych, bezpośrednio związanych ze środowiskiem ich życia. Mimo tego jednak “Electric Edwardians” wciąż pozostaje jednym z najpiękniejszych w dziejach kinematografii portretów małych społeczności, prezentującym, jak głęboko jej życie zakorzenione było w otaczającej przestrzeni, a także kroniką, ocalającą najradośniejsze chwile, towarzyszące sfilmowanym ludziom od zapomnienia.

Etnograficzny dyskurs w kinie

Kinematografia, na przełomie XIX i XX wieku kojarzona głównie z jarmarczną rozrywką została nadzwyczaj szybko doceniona ze względu na istotną z naukowego punktu widzenia możliwość precyzyjnej dokumentacji środowiska geograficznego. Jednym z czołowych dokumentalistów tamtego okresu był Robert J. Flaherty - amerykański kartograf, podróżnik i reżyser. W 1922 roku zrealizował swój najbardziej znany film pt. “Nanook of the North”, ukazujący życie Nanooka - Inuity, zamieszkującego kanadyjski półwysep Ungava. Gruntownie zaznajomiony z naukową metodologią Flaherty zarejestrował w wierny sposób trudne warunki życia kanadyjskiej rdzennej ludności. Co ciekawe reżyser, portretując skrupulatnie codzienność pojedynczego człowieka, ukazał w swoim filmie obraz znacznie szerszy - uczynił Nanooka przedstawicielem wszystkich Inuitów. Flaherty rejestrując sceny, w których główny bohater zmaga się z ekstremalnymi warunkami środowiska, by zapewnić sobie i swojej rodzinie byt, uprawiał tzw. “etnografię ocalającą” (ang. salvage ethnography), pragnąc ukazać szerszej publiczności, jak wielką siłą i heroizmem musieli wykazywać się rdzenni mieszkańcy Dalekiej Północy. Dzięki zachowaniu reportażowej wierności “Nanook of the North” jest filmem niezwykle zasobnym w informacje etnograficzne, szczególnie dotyczące dawnych zwyczajów Inuitów i nierówności społecznych, jakich doświadczali na początku XX wieku. Znamienna jest w tym kontekście scena, ukazująca Nanooka, który nieświadomy prawdziwej wartości swojej pracy oddaje przejezdnemu handlarzowi futra w zamian za cukierki i paciorki. Film ów prezentuje również zróżnicowane ujęcia krajobrazu półwyspu Ungava w latach 20-tych, które mogą okazać się niezwykle przydatne przy rekonstrukcji historii zagospodarowania przestrzeni tego miejsca.

Od lewej: plakat reklamujący film R. Flaherty’ego, Nanook – główny bohater dokumentu. 

Trzeba tu jednak zauważyć, iż reżyser, mimo zachowania reportażowego sposobu rejestracji zdarzeń, wprowadził do filmu elementy stylizacji - nakłaniał Nanooka i innych nagrywanych Inuitów, by używali starszych, bardziej prymitywnych niż na co dzień narzędzi, namiotów i innego rodzaju sprzętów, chcąc w ten sposób jeszcze wyraźniej podkreślić dramatyzm losu głównego bohatera i jego bliskich. Pomimo tego jednak, jak określiła Jadwiga Hučková w swoim artykule, dotyczącym historii kina dokumentalnego “twórczość Roberta Flaherty’ego (1884-1951) także po latach zasługuje na uznanie, a takie jej aspekty, jak pokora wobec filmowanej rzeczywistości i respekt dla realiów mogą być ciągle wzorem dla współczesnych dokumentalistów” (J. Hučková, “Nieme kino dokumentalne”). Co więcej, przyglądając się uważnie dziełu Anglika i porównując go do pierwszych krótkometrażówek z przełomu XIX i XX wieku można stwierdzić, iż rozwój technik kinematograficznych wyraźnie sprzyjał rozwojowi pełniejszych, bardziej artystycznych form dokumentu, a te z kolei wpłynęły na postęp naukowy.

Symfonia miejska - awangardowy realizm

Niedługo po premierze filmu Roberta Flaherty’ego zaczęły powstawać pierwsze eksperymentalne, bardziej artystyczne dokumenty, prezentujące znacznie głębsze portrety przestrzeni. Wśród najbardziej charakterystycznych produkcji tego okresu z pewnością należy wyróżnić “Człowieka z kamerą”, zrealizowanego w 1929 roku przez radzieckiego reżysera i poetę - Dzigę Wiertowa. Ów dokument określany jako tzw. “symfonia miejska” jest niezwykłym zbiorem kadrów z życia czterech wielkich miast ZSRR - Moskwy, Kijowa, Charkowa i Odessy - połączonych przez autora na wzór kalejdoskopu w wizję jednej, gigantycznej metropolii. Reżyser opowiadał się za kinem reportażowym, pozbawionym fabuły, wiernie uwieczniającym rzeczywistość, taką jaką jest. Bynajmniej nie przeszkadzało mu to we wprowadzaniu nowatorskich, awangardowych sposobów kadrowania - podczas montażu filmu używał wielokrotnie techniki nakładania na siebie kilku zdjęć jednocześnie, tworząc w ten sposób niezwykłe kolaże. Autor wcielił się w rolę tytułowego kamerzysty, który przemieszcza się między różnymi miejscami i uwiecznia je na taśmie. “Człowiek z kamerą” ukazuje wizję miasta jako monstrualnej, chaotycznej, wiecznie rozrastającej się machiny, której integralnym elementem są ludzie.

   

Kadry pochodzące z “Człowieka z kamerą”.

Co ciekawe, w przeciwieństwie do innych artystów sowieckich dla Wiertowa bardzo istotne było życie człowieka jako jednostki. Właśnie m.in. przez fotograficzne sportretowanie egzystencji pojedynczych osób obraz miasta prezentowany w dokumencie jest bardzo wieloperspektywiczny i niejednoznaczny. Reżyser obnażył bowiem ogromne nierówności społeczne i przestrzenne, panujące w miastach ZSRR - m.in. bezdomność i biedę, dotykających ludzi, egzystujących w bezpośrednim sąsiedztwie kunsztownej, pełnej przepychu architektury i prężnie rozrastających się fabryk, symboli postępu. Ponadto Wiertow powiązał kadry życia codziennego pojedynczych osób z rytmem miasta (np. wizja kobiety, odbywającej poranną toaletę zestawiona z kadrem, na którym widoczne są służby miejskie, myjące wodą chodniki i poręcze), ilustrując w ten sposób, jak głęboko te dwa aspekty są z sobą zintegrowane. Twórca filmu zawarł w nim bardzo wnikliwą, wizualną refleksję nad relacją ludzkości i przestrzeni. W przeciwieństwie do pierwszych dokumentalistów Wiertow odnosił się do środowiska geograficznego bardzo podmiotowo - traktując je jako integralnego bohatera filmu zobrazował, jak bardzo intymna jest wspomniana wyżej więź. “Człowiek z kamerą” mimo upływu lat wciąż pozostaje jednym z najbardziej przełomowych dokumentów w historii kina, a wizje w nim zawarte cechuje uniwersalizm. Połączenie wiernej dokumentacji przestrzeni i życia społecznego z artystycznym zamysłem świadczy o ogromnym kunszcie Dzigi Wiertowa.

Zmysłowa kontemplacja przestrzeni - współczesne kino dokumentalne

Kadr z filmu “Baraka”, źródło: Magidson Films.

Gdyby dokładniej przyjrzeć się rozwojowi kinematografii z pewnością okaże się, iż jednym z najistotniejszych czynników, kształtujących ów proces jest historia. To właśnie m.in. globalne trendy społeczne wywierały znaczący wpływ na reżyserów, którzy później wizualizowali swoje refleksje. Do takich filmów z pewnością należy zrealizowany w 1999 roku dokument “Baraka”, autorstwa Rona Fricke’a - amerykańskiego operatora. Twórca posługując się, zapierającymi dech w piersiach kadrami ukazuje złożony obraz współczesnego świata, nie opatrując swojej wizji ani jednym słowem. Ów wielowarstwowy obraz na sposób wymienionego wyżej Dzigi Wiertowa, uwidacznia problemy społeczne, z jakimi ludzkość się zmaga, zwracając przy tym szczególną uwagę na losy pojedynczego człowieka. W “Barace” ujawnia się jednak istotna różnica w odniesieniu do twórczości Rosjanina - obecność transcendencji. O ile pomysł Wiertowa w silnej mierze urósł na gruncie myśli socjalistycznej, ukierunkowanej na surowy, materialistyczny realizm, o tyle Fricke wprowadził do swojego dokumentu elementy metafizyki, wyrażając przy tym sceptycyzm wobec postępu cywilizacyjnego.

Amerykański reżyser zestawił, zapierające dech w piersiach krajobrazy z życiem mnichów, mistyków, pielgrzymów i społeczeństw autochtonicznych, zachowujących swoje rdzenne tradycje, wskazując tym samym na umiar obecny w ich prostej i surowej egzystencji, naturalnie zespolonej z otaczającą przestrzenią. Mimo tego, że ci ludzie, pochodzący głównie z krajów Trzeciego Świata ze względu na wykluczenie edukacyjne i ubóstwo, myślą i żyją w sposób znacznie prostszy, niż mieszkańcy państw wysokorozwiniętych, to potrafią doświadczać, otaczającej ich przestrzeni dużo pełniej od tamtych. Doskonale uwidacznia się to w scenach, ukazujących zmysłowy, a zarazem metafizyczny kontakt ludzkości z ziemią - dotyku, tańcach obrzędowych, a nawet pocałunkach, świadczących o intymnej więzi z nią. Tą wizję reżyser przeciwstawia obrazom pogrążonych w szalonym pędzie i chaosie metropolii, przez które ludzie jedynie jednostajnie przepływają (jak ukazane w innym fragmencie filmu małe kurczaczki, jadące na taśmociągu w ogromnej fermie kur), nie zwracając przy tym uwagi na otaczający ich świat, stając się nieświadomie elementem wielkiej machiny, napędzającej konsumpcję. Taki tryb życia prowadzi do zniszczenia środowiska przyrodniczego, od którego zależy przetrwanie całej cywilizacji. Ludzie żyjący w ten sposób tracą uważność na otaczającą ich przestrzeń i stają się obojętni na jej piękno, co z kolei prowadzi do eskalacji problemów ekologicznych i nierówności społecznych.

Reżyser zawarł w filmie także przestrogę dla ludzkości - przez ukazanie fotografii więźniów, którzy zginęli w obozie Auschwitz-Birkenau, ich porzuconych butów, a także zarośniętych przez gęstą roślinność antycznych budowli jeszcze wyraźniej podkreślił tendencję ludzkości do autodestrukcji. Ogromnymi atutami filmu Rona Fricke’a są z pewnością wspomniana wielowarstwowość, wizualność, a także kontemplacyjność, które otwierają szerokie pole do interpretacji, na bardzo różnych poziomach. Pomimo tego, że “Barakę” nakręcono w 1999 roku, to dzięki swojej specyficznej formie i niedosłowności pozostaje dokumentem bardzo aktualnym.

Na zakończenie…

Przyglądając się ewolucji kinematografii, można dojść do wniosku, iż oddaje ona w pewnym sensie rozwój świadomości znaczenia przestrzeni w życiu człowieka. Wyraźnie dostrzegalny jest kontrast między pierwszymi filmami, przywodzącymi na myśl wprawione w ruch widokówki, gdzie fizyczny świat odgrywa epizodyczną rolę, a późniejszymi, traktującymi środowisko geograficzne w sposób podmiotowy, opierającymi się na złożonych, artystycznych technikach. Mimo tego jednak, że współczesne kino dokumentalne dysponuje bardziej rozbudowanym językiem wizualizacji i w związku z tym prezentuje dużo pełniejszy obraz omawianego problemu, to bynajmniej nie dewaluuje przedstawień obecnych w najstarszych dokumentach. Choć przekaz zawarty w takich filmach nie jest kompleksowy, to zawarte w nich kadry wciąż są poruszające i skłaniające do refleksji nad środowiskiem geograficznym również w kontekście współczesnego świata. Zawarte w pochodzących ze wszystkich okresów dokumentach portrety opisywanej relacji pozostawiają wiele miejsca wyobraźni widza, prowadząc do głębszego zrozumienia przestrzeni i miejsca człowieka w niej.

wtorek, 11 sierpnia 2020

W obronie Ziemi, w obronie ludzi

Żyjemy w czasach, w których ludzkość musi stawić czoła problemom, z jakimi dotąd jeszcze nigdy tak blisko nie była skonfrontowana - skutków zmian klimatu: podnoszenie się poziomu oceanów, susze, powodzie, ulewy, upały. Z roku na rok coraz dobitniej dostrzegamy realność tych destrukcyjnych przemian na własnej skórze. Nic więc dziwnego, że powstaje coraz więcej organizacji i ruchów walczących o dobro Ziemi. Ich członkowie dbają o lokalne środowisko, organizując akcje społeczne, bądź upominając się u władz w jego obronie. Ruch ekologiczny wciąż szuka właściwej drogi. Mimo tego, że działa w sprawie priorytetowej jego działacze popełniają błędy, a posunięcia bywają w sprzeczności z wyrażaną troską i postulatami, a organizacje ekologiczne postrzegane jako odrealnione od spraw codziennych. Dlatego jeśli chcemy chronić Ziemię, powinniśmy walczyć również o dobro wspólnoty, otworzyć się na drugiego człowieka, rozpocząć rozmowę. Humanizm powinien być fundamentem każdego ruchu ekologicznego. 



51. Sposoby, w jakie człowiek traktuje środowisko naturalne, wpływają na to jak traktuje samego siebie, i na odwrót. (…) Każde naruszenie solidarności i przyjaźni obywatelskiej powoduje szkody ekologiczne, podobnie jak ze swej strony degradacja środowiska wywołuje niezadowolenie w relacjach społecznych. (…)

Benedykt XVI, Caritas in veritate

W wyżej zacytowanej encyklice Benedykt XVI szczegółowo omawia relacje między ochroną środowiska, a społeczeństwem i bardzo wyraźnie podkreśla, że te dwie strefy nie są odrębnymi światami, a przeciwnie - stanowią jedną całość. Ludzkość wywodzi się z tego samego korzenia co wszystkie inne gatunki, więc nie można zaprzeczyć, że jesteśmy częścią natury. Dlatego też wnioskując ze słów papieża, ochrona Ziemi, nie może łączyć się z jakimikolwiek przejawami nienawiści, pogardy, czy braku szacunku do drugiego człowieka.

fot. Polska Akcja Humanitarna
Niestety wielu ludzi nie dostrzega tej zależności i dlatego przeglądając np. niektóre fora obrońców
praw zwierząt możemy się zetknąć z przejawami agresji słownej, celowanymi w konkretnych ludzi. W takich miejscach zachodzi proces bardzo prymitywnego i dehumanizującego podziału społeczeństwa, zestawiającego ludzi szlachetnych pozbawionych wad - ekologów, ze złymi, nie posiadającymi żadnych pozytywnych cech - myśliwymi, rzeźnikami, czy leśnikami, przez co trudno tam o jakikolwiek dialog. Dzieląc społeczeństwo na przeciwstawne obozy nie dojdziemy do niczego - będziemy tylko podsycać emocje i agresję, jednoznacznie oddalając się od rozwiązania. Właśnie m.in. to wywołuje u wielu ludzi ambiwalentne uczucia dotyczące aktywistów ekologicznych. Dlatego tak kluczowe jest by “ekolog” potrafił rozmawiać z ludźmi o zupełnie innym spojrzeniu na świat, podejmował rozmowę, tylko w ten sposób dojdziemy do wspólnego kompromisu i zadowalających efektów. Stańmy się dla siebie partnerami, którzy mimo różnych poglądów potrafią siąść razem przy stole i rozpocząć dialog, odnaleźć złoty środek. Tylko w ten sposób będziemy mogli wypracować realną, sprawiedliwą zmianę, co więcej - zbudować trwałą wspólnotę.

Problemy ekologiczne są ściśle związane ze sprawiedliwością wobec ubogich. Problem ubogich Ziemi jest szczególnym testem naszej solidarności. Bolesne rozstrzygnięcia na rzecz środowiska naturalnego, jakie musimy podjąć w naszej ekonomii, nie mogą umniejszać naszej wrażliwości na potrzeby ubogich w kraju i za granicą. (…)

Biskupi z USA, Renewing the Earth, 14.11.1991

Ochrona środowiska pozostaje tematem ubocznym, do którego politycy sięgają najczęściej wtedy kiedy liczą na poparcie, jakby nie miał właściwie nic wspólnego z rzeczywistością. Wyżej przytoczony fragment listu biskupów amerykańskich mówi o jednej istotnej kwestii – ekologiczne transformacje nie mogą zachodzić kosztem ubogich. Niestety zarówno część działaczy społecznych, organizacji na rzecz ochrony środowiska, a przede wszystkim  polityków, w swoich programach ekologicznych nie uwzględnia osób najbiedniejszych. To ogromna niesprawiedliwość, gdyż właśnie oni są najbardziej dotkniętą przez degradację środowiska grupą społeczną, mając przy tym najmniejszy dostęp do ewentualnej ochrony przed jej skutkami. Tworząc rozwiązania dotyczące przemian społeczno-gospodarczych, które w przyszłości mają pomóc nam w walce z globalnym ociepleniem nie uwzględniają interesu tych ludzi. Tu się nasuwa fundamentalne pytanie – czy konieczne transformacje ekologiczne mogą być społecznie sprawiedliwie? Oczywiście mogą, a wręcz powinny takie być.

fot. Polska Akcja Humanitarna
Duża część proponowanych przez niektóre organizacje na rzecz ochrony środowiska, czy parlamentarzystów, planów jest bardzo krótkowzroczna - uwzględnia walkę z degradacją środowiska wszelkimi możliwymi sposobami, bez wnikliwego wglądu w sytuację i dostrzeżenia drugiego człowieka. Nie wszyscy są równi wobec prawa. I często o ile bogatszej części społeczeństwa taka transformacja może odpowiadać, będąc zadośćuczynieniem popełnionych błędów cywilizacyjnych, o tyle ludzie prości i ubodzy bardzo często na niej tracą. Nic więc dziwnego, że ekologia pozostaje dla nich jedynie abstrakcyjnym, oddalonym od rzeczywistości terminem, którym zajmują się wykształceni, majętni, z dużych miast. Dlatego tak ważne jest by wszystkie rozwiązania, np. walka z globalnym ociepleniem, powinny być ściśle dopracowane i poprzedzone  konsultacjami społecznymi, tak by były sprawiedliwie i zapewniały “parasol ochronny” dla ludzi ubogich czy wykluczonych. Dzięki temu poczują się dostrzeżeni i szanowani przez, zarówno działaczy ekologicznych jak i państwo, zobaczą, że ochrona Ziemi nie jest czymś odrealnionym, dalekim, chętnie wygłaszanym podczas protestów w Warszawie przez wykształconą elitę, a czymś namacalnym, co jest tuż obok nich, i co wpływa na los wspólnoty. Tylko w ten sposób jesteśmy w stanie dotrzeć do tych osób, pokazać, że możemy zrobić coś razem.

Chroniąc przyrodę musimy zawsze pamiętać, że niezależnie z kim mamy do czynienia jesteśmy mu winni szacunek, powinniśmy patrzyć na świat pod wieloma kątami, wychodzić poza swoją społeczną bańkę i dostrzegać potrzeby drugiego człowieka. Jeśli nasze działania na rzecz ochrony Ziemi nie będą opierały się na fundamentach, będą jedynie teoretyczne, a forma przerośnie treść jaką mamy do przekazania.


Literatura:

  • Benedykt XVI, encyklika Caritas in veritate,
  • o. Stanisław Jaromi, Eco-Book o Eco-Bogu,
  • Biskupi z USA, list Renewing the Earth, 14.11.1991,
  • Bartłomiej Kozek, Czy transformacja ekologiczna może być sprawiedliwa społecznie? (kwartalnik Nowy Obywatel, nr 30, jesień 2019).

piątek, 24 kwietnia 2020

Pozwólmy żyć


W ostatnich latach wpływ globalnego ocieplenia na nasze codzienne życie z roku na rok się powiększa. Coraz częściej doświadczamy susz, upałów, bezśnieżnych zim, gwałtownych burz i wiatrów. Niestety nasz kraj wciąż nie jest przygotowany do walki z tymi destrukcyjnymi zmianami. Jak możemy się do nich przygotować? Po prostu pozwólmy żyć przyrodzie - pozwólmy się jej rozrastać.

 

"Łąka w mieści" - zwycięski projekt Budżetu Obywatelskiego w Cieszynie, fot. Sylwia Fort

Jednym z największych i najistotniej problemów ekologicznych wpływających na nas, są pojawiające się od dekady , niemal coroczne, susze¹. Najbardziej dają się  we znaki rolnikom, którzy z ich powodu ponoszą ogromne straty. Jednak nie tylko oni zostali bezpośrednio dotknięci tym problemem - przekonali się o tym mieszkańcy Skierniewic (woj. Łódzkie), gdzie w czerwcu zeszłego roku, z powodu deficytu zabrakło wody w kranach. Niestety i w tym roku sytuacja nie uległa poprawie - od kilku tygodni Polska znajduje się w zasięgu wyżu, który przyniósł pogodę słoneczną, ciepłą i suchą. Przez to zjawisko od ponad miesiąca w naszym kraju nie pojawiły się wielkoskalowe opady deszczu. Na ogromnym obszarze Polski mamy obecnie do czynienia z dużym deficytem wody (mapa poniżej ). Największe problemy z suszą występują w pięciu województwach - Lubuskim, Wielkopolskim, Łódzkim, Kujawsko-Pomorskim, oraz Mazowieckim. Wynika to ze sposobu zagospodarowania tamtych obszarów, ich klimatu, ukształtowania terenu i środowiska przyrodniczego. Według danych GUS z 2017 roku, we wszystkich wymienionych województwach (oprócz Lubuskiego) lasy zajmują stosunkowo małą powierzchnię (poniżej 26%), a znaczną rolę w ich krajobrazie odgrywają pola uprawne pod zasiewami (powyżej 69% powierzchni).

Wskaźnik wilgotności gleby, warstwa 0-7 cm (dane z 15 kwietnia), źródło: IMGW


Obszary te należą do najsuchszych regionów naszego kraju (opady roczne wynoszą tam maksymalnie 550 mm - dla porównania - w Cieszynie jest to nawet 1000 mm), co wynika głównie z równinnego ukształtowania terenu². Żeby lepiej zrozumieć dlaczego mamy takie problemy z magazynowaniem wody (należymy do krajów z najmniejszymi zasobami wody w Unii Europejskiej)  warto  przyjrzeć się historii gospodarowania tych obszarów. Od kilkuset lat człowiek bardzo intensywnie eksploatował te równiny, osuszając naturalne moczary, karczując lasy, budując systemy melioracyjne, by uzyskaną w ten sposób ziemię przekształcić na potrzeby rolnictwa. Pod wpływem takich działań środowisko przyrodnicze zaczęło się zmieniać - woda o wiele łatwiej zaczęła parować, odpływać do cieków wodnych, przez co obszary te stały się niezwykle suche. W XIX i XX wieku powstało  jeszcze więcej osuszających systemów melioracyjnych, co spowodowało przyspieszenie tego procesu (żadna z inwestycji nie powstała po to by zatrzymywać wodę w glebie, a wręcz przeciwnie - większość z nich miała za zadanie jak najszybsze odprowadzenie wody do rzek, lub zbiorników). Właśnie to spowodowało, że mieszkańcy centralnej Polski są najczęściej odczuwają dotkliwą suszę. 

Przyglądając się podejmowanym w przeszłości działaniom jesteśmy w stanie wyciągnąć wnioski, wykryć błędy i znaleźć nowe rozwiązania. Warto zauważyć np, że od wieków człowiek walczył z wodą, nie starał się jej magazynować, tylko odprowadzał do rzek, przez co ,w naszym kraju, do dziś zachowało się sporo, pełniących właśnie takie funkcje, systemów melioracyjnych. Dziś, w epoce zmian klimatu, te instalacje działają przeciw nam, ponieważ bardzo skutecznie odprowadzają wodę, również podczas suszy. W wielu częściach Europy ,z tego powodu, prowadzi się akcje renaturyzacji rzek, zrywając z nich betonowe obwałowania i progi, przywraca moczary, stawia beczki i zbiorniki na deszczówkę, oraz buduje liczne ogrody deszczowe, mające za zadanie absorbować wodę. 

Jednak największą pomoc w magazynowaniu wody oferuje nam przyroda. Porośnięta wysokim trawnikiem, lub naturalną łąką gleba może mieć temperaturę nawet o 30 °C niższą niż zupełnie odsłonięta ziemia, co znacznie zmniejsza parowanie. Podobnie jest w przypadku drzew - w upalny dzień przestrzeń, położona pod nimi, może mieć temperaturę nawet o 20 °C niższą od nieosłoniętego obszaru . Warto zauważyć, że zarówno łąki jak i zadrzewienia, dzięki rozwiniętym systemom korzeniowym, są w stanie bardzo skutecznie gromadzić wodę w glebie. Dodatkowo stanowią dom dla całej grupy organizmów, które pełnią kluczowe role w lokalnym i globalnym ekosystemie (np. pszczoły). 

My sami właściwie nie musimy wiele robić - po prostu pozwólmy przyrodzie żyć, rozrastać się bez naszej pomocy. Zaprzestańmy więc koszenia trawników i łąk w czasie suszy lub upałów, gdyż takie działania mogą doprowadzić do skrajnie wysokiego przesuszenia gleby. Pozwólmy otaczającej nas zieleni swobodnie rozrosnąć. 

Powinniśmy zacząć myśleć o naturze w nieco inny sposób niż dotychczas. Przestańmy uważać ją za naszego wroga, którego ciągle trzeba kontrolować, ale raczej sojusznika. Wyzbądźmy się postrzegania świata z pozycji małego ego, poszerzmy perspektywę swojego patrzenia. Ograniczanie się,  prowadzenie działań na rzecz środowiska i klimatu na pewno nie przyniosą pożądanych efektów z dnia na dzień. Jakiekolwiek zmiany spowodowane naszymi działaniami mogą zostać dostrzeżone dopiero  za kilkadziesiąt lat, przez nasze dzieci, lub wnuki. Musimy się nauczyć cierpliwości w podejściu do natury. Za długą perspektywę czasu uważamy 100 lat, dla globalnego ekosystemu nie jest to nawet mrugnięcie okiem. Nasz czas , na tle całej historii powstawania gatunków, jest tak krótki, jak , z ludzkiej pozycji, wydawać może się  jednodniowe życie muchy. Musimy przestać działać wyłącznie dla własnej korzyści, możemy pozostawić dla przyszłych pokoleń, natury, ten świat lepszym. Można to nawet nazwać formą osobistego wyzwolenia, które odmienia rzeczywistość. Przyroda i życie są wartościami samymi w sobie. 
Polski entomolog dr inż. Lech Buchholz, mówiąc o znaczeniu martwego drewna powiedział: "drzewo po śmierci, żyje bogatszym życiem, niż za życia". Podobnie i my powinniśmy się stać dla innych istot przestrzenią, w której wyrosną ich korzenie.
                                           
Przypisy:
¹ Problemowi suszy w Polsce poświęciłem znacznie obszerniejszy i bardziej szczegółowy tekst pt. "Kraj suchy jak pieprz", który w formie dwuczęściowej ukazał się w nr 22 i 24 (8 listopada, oraz 6 grudnia 2019 r) Wiadomości Ratuszowych. Tekst jest dostępny w wydaniach online gazety, oraz na moim blogu "Teleskop".
² Najwyższe opady występują na obszarach pofałdowanych, tj. na wyżynach, pojezierzach, oraz w górach. W takich miejscach para wodna zawarta w powietrzu znacznie szybciej i skutecznej się skrapla; gdy wilgotna masa powietrza napotyka na barierę (wzgórze/górę) zaczyna się wznosić i przez to wychładzać (o ok. 0,6 °C / 100 m), co skutkuje skropleniem się zawartej w niej pary i opadem. Na nizinach, gdzie żadne naturalne bariery nie występują zjawisko to nie zachodzi, co skutkuje niskimi opadami.



   

czwartek, 9 kwietnia 2020

Rozmowa ze Sobą - rozmowa z Ziemią

W ostatnich miesiącach nasza codzienna rzeczywistość wywróciła się do góry nogami - pandemia koronawirusa SARS-CoV-2 zmieniła ją nie do poznania. Wszystko zaczęło spowalniać, zyskaliśmy więcej czasu dla siebie, mnóstwo spraw się zmieniło. Sytuacja ta skłania nas do refleksji, poszukiwania odpowiedzi na fundamentalne pytania. Usiądźmy więc spokojnie, pomyślmy, wyjdźmy na spotkanie samemu sobie –  Ziemi.

fot. Unsplash
  Współczesny świat był jak dotąd strasznie zabiegany. Nikt nie miał czasu, każdy się gdzieś spieszył. Zapomnieliśmy o tym jak to jest , po dziecięcemu, przypatrywać się spływającej po szybie kropli deszczu. Pędziliśmy, nie umiejąc się zatrzymać. Lata mijały i wydawało się, że nie sposób powstrzymać tej wielkiej,  machiny postępu. Aż tu nagle, z dnia na dzień, wszystko stanęło. Zakłady pracy i szkoły zamknięto, tak więc wróciliśmy do domów.  Nie pędzimy już nigdzie, nasza rutyna została rozbita. Rodziny  dostały czas na wzajemną konfrontację, rozmowę. Wielu starszych ludzi pozostało w samotności, w ciszy, jest w potrzebie. Ten trudny okres daje nam możliwość zastanowienia się nad rzeczami, o których, z powodu braku czasu, nie mogliśmy dotąd myśleć. Właśnie teraz powinniśmy zacząć pytać; „kim właściwie jestem?”, „czym jest to „ja”?”, czego poszukuję?”, „jaki jest sens tego wszystkiego?”, „jakie dotąd było moje życie?”, „a może wykorzystam tą sytuację żeby komuś pomóc?”. Dla wielu konfrontacja z samym sobą może być bardzo trudna, a dla niektórych nawet przerażająca. Nic dziwnego – w końcu dotąd nie mieliśmy czasu by, wejść w siebie, zacząć pytać. Dotąd uciekaliśmy przed tym co gnieździ się głęboko w nas, nasz umysł chwytał myśli, uciekał od tego skupiając się na innych rzeczach. I nagle zostaliśmy sam na sam ze sobą. Sytuacja ta uczy  pokory, pokazuje jak  cywilizacja jest krucha, ile złudzeń i uprzedzeń się w nas gnieździ, oraz jak bardzo jesteśmy zespoleni z Ziemią. Również o nią powinniśmy zacząć pytać, o niej myśleć. Dzisiejsza sytuacja daje też szansę wydobyć się na zewnątrz naszemu człowieczeństwu. Obecnie wielu ludzi (szczególnie tych, którzy przebywają na kwarantannie i starszych) potrzebuje pomocy. Pomóżmy im, zróbmy zakupy, zadzwońmy do nich, zostawmy im na wycieraczce jakąś niespodziankę. Pomaganie jest jednym z najgłębszych przejawów duchowości – gdy dajemy coś drugiemu, to tak, jakbyśmy się nim stawali, już nie widzimy podziału na „ja” i „inni”. Małe ego się rozsypuje, czujemy się szczęśliwi z czyjegoś szczęścia.
    Mimo tego, że dzisiejsza, pandemiczna rzeczywistość nie zachęca nikogo do wychodzenia na spacery, czy wyjeżdżania na wycieczki, możemy się teraz zbliżyć do natury bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Zastanówmy się nad tym jak wpływamy na nią, czy traktujemy ją jako swoją własność, którą możemy dowolnie wykorzystywać, niszcząc dla własnych egoistycznych celów, czy też szanujemy, podziwiamy, czujemy się jej częścią. Odwołując się do teorii ewolucji Karola Darwina – cała natura wywodzi się z jednego korzenia. Również i my – ludzie z niej wyszliśmy. Nie możemy uciec przed przyrodą, jesteśmy jej częścią i nią pozostaniemy. Nawet gdybyśmy zamknęli się w betonowych murach i tak prędzej czy później natura by do nas dotarła. Będziemy odczuwać tęsknotę.  Nie warto przed nią uciekać – to jedynie przysparza nam i innym cierpienia. Powinniśmy się z nią skonfrontować, dostrzec jej piękno, transcendencję, duchowość. Gdy będziemy bacznie się jej przyglądać (chociażby w myślach, czy oglądając zdjęcia) stopniowo zaczniemy coraz lepiej rozumieć jej język, funkcjonowanie. Natura jest krystalicznie czysta, jak woda źródlana. Trwa, żyje swoim życiem. Teraz mamy pandemię koronawirusa, a tymczasem co dzieje się w parkach, lasach, na polach? Śpiewają ptaki, kwitną drzewa i kwiaty, potoki płyną, przyroda ożywa jak co roku. Posłuchajmy szumu strumienia (choćby na magnetofonie), uchylmy okno i przyjrzyjmy się śpiewowi kosa. Teraz mamy na to nareszcie czas, moment by nie uciekać myślami do przyszłości, tylko być  tu i teraz, z Ziemią, samym sobą, przyjrzeć się uważnie kwitnącemu drzewu za oknem. Dostrzeżenie piękna przyrody daje nam klucze do jej zrozumienia, a to z kolei, pozwoli nam pojąć takie problemy jak obecny kryzys klimatyczny. Zastanówmy się; „czy rzeczywiście potrzebuję do szczęścia tak dużo?”, „a może szczęście znajdę właśnie gdy będę miał mniej?”. Te pytania są niezwykle ważne. Przecież globalne ocieplenie, zanieczyszczenie mórz i oceanów, oraz wszelkie inne zniszczenia, jakich naturze przysporzył człowiek, miały korzenie w zachłanności, egoizmie, braku zrozumienia siebie i Ziemi. Podobnie  „mokre targi”, przyczyna dzisiejszych nieszczęść czy , w ogóle, masowa produkcja mięsa.  Zachłysnęliśmy się własnymi wynalazkami myśląc, że przedmioty uczynią nas szczęśliwymi. Zaczęliśmy wykorzystywać innych ludzi (pracownicy z krajów Trzeciego Świata zatrudnieni za niewielką opłatą) i Ziemię do tego, aby gromadzić wokół siebie dobra. Coraz większa ilość przedmiotów przyniosła z sobą tony śmieci, które spłynęły do naszych rzek i mórz, a gazy uwalniane podczas ich produkcji, trafiając do atmosfery, rozchwiały stabilność ziemskiego klimatu. Czy ten nieustający pęd, który w ostatnich latach zaczął mocno przybierać na sile rzeczywiście uczynił nas szczęśliwymi?  Zbieramy kolejne dobra, ale czujemy tylko ułudę szczęścia i sądzimy, że żeby być szczęśliwszymi musimy mieć jeszcze więcej. Wpadamy w błędne koło – ciężko harując staramy się zdobyć jak najwięcej pieniędzy, by potem kupować za nie kolejne rzeczy. Gdy jednak nie odnajdujemy sensu w tych przedmiotach, które posiadamy, chcemy mieć kolejne i tak bez końca.
 Łańcuch ten uruchomił takie procesy jak globalne ocieplenie, podzielił świat, pozbawił ogromną część mieszkańców naszej planety godnych warunków życia. Po co tak gnamy? Sami rujnujemy swoje zdrowie psychiczne, oraz niszczymy nasz wspólny dom - Ziemię. Jaki jest sens życia? Czym dla mnie jest wyzwolenie? Stawiając kolejne pytania staniemy się spokojni i uważni. Dostrzeżemy znacznie więcej, zrozumiemy. Sprzed naszych oczu znikną wszelkie złudzenia i uprzedzenia. Przedmioty stracą dla nas wartość, zobaczymy, że tak naprawdę bardzo niewiele nam potrzeba do szczęścia. W dzisiejszych czasach, kiedy człowiek doprowadził do destabilizacji różne procesy obecne w przyrodzie, luksusem staje się słuchanie szumu drzew, śpiewu ptaków. Tak więc nie popadajmy w zobojętnienie czy lęk – spróbujmy wykorzystać tą trudną sytuację jak szansę , by zbadać dotąd w ogóle nie znane obszary ukryte w nas samych. Stańmy sami przed sobą, skonfrontujmy się z tym co gnieździ się w naszym umyśle. Nie bójmy się zadawać trudnych pytań, uczmy się obserwować rzeczywistość, widzieć prawdziwe szczęście w kwitnącej przed naszym domem wiśni, śpiewającym ptaku. To fundament pozwalający zrozumieć lepiej sens życia, otwierający na nowe doświadczenia. Właśnie na takim gruncie wykiełkowały wszystkie religie, filozofie, oraz ochrona środowiska. Zastanówmy się nad tym.


fot. Unsplash
 


   

piątek, 13 marca 2020

Ochrona Ziemi - lekcja odpowiedzialności




        Od epoki industrialnej emitujemy coraz więcej dwutlenku węgla do atmosfery, czego skutkiem jest zachwianie równowagi w środowisku i klimacie. Konsumujemy znacznie więcej niż w przeszłości, chcemy mieć coraz więcej. Wielkie koncerny kreują nam nowe „potrzeby”, o których wcześniej nawet nie myśleliśmy. Jeśli pozwolimy tej potężnej maszynie na ciągłe nabieranie tempa, doprowadzimy do śmiertelnie niebezpiecznego zachwiania naturalnej równowagi. Wielu z nas stara się w jakiś sposób walczyć z tymi problemami, niestety jednak bardzo często to co mówimy, nie pokrywa się z rzeczywistością, ponieważ zewnętrzne środowisko wpływa na nasze decyzje. Wynika to również z braku czegoś niezwykle ważnego, stojącego u podstaw walki z destrukcyjnymi zmianami klimatu i środowiska naturalnego - odpowiedzialności.



Wysypisko śmieci w Azji (fot. foter.com)

Konsument marionetką producenta


         Jeśli chcemy walczyć o dobro naszej planety musimy mieć na uwadze nasze codzienne wybory. Wiele osób, z którymi rozmawiałem na temat globalnego ocieplenia wzruszało ramionami i mówiło: „No cóż... I tak nic nie możemy zrobić”. Jest to jednak tylko złudzenie - praktycznie każdy nasz codzienny ruch ma swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. W szczególności dotyczy to  wyboru produktów kupowanych w sklepach. Produkcja niepozornego, taniego sera może być niezwykle uciążliwa zarówno dla środowiska jak i ludzi. Warto tu jednak postawić pytanie, dlaczego właściwie produkty, które odciskają dużą stopę środowiskową i wymagają ogromnego nakładu energii kosztują tak tanio w stosunku do tych wytwarzanych regionalnie, ekologicznie, na małą skalę? Jest to efekt współpracy rządów i wielkich korporacji - urzędnicy tworzą wygodne dla koncernów ustawy, dzięki którym obie strony odnoszą korzyści. Kosztem tych układów cierpi jednak zarówno środowisko jak i ludzie; produkty uciążliwe dla Ziemi są tak tanie dlatego, że część tej ceny została przerzucona na środowisko i społeczeństwo - ludzkość już zapłaciła za taki produkt, w postaci odniesionych, przez niebezpieczne przemiany środowiskowe i klimatyczne, strat. Trzeba tutaj zaznaczyć, że nie płacimy jedynie my, konsumenci. Wiele składników potrzebnych do produkcji żywności pozyskuje się często w krajach trzeciego świata. Ubodzy mieszkańcy krajów afrykańskich, czy azjatyckich pracują przy pozyskiwaniu tych materiałów w strasznych, wręcz nieludzkich warunkach, otrzymując skrajnie niskie wynagrodzenie. Często zamiast uprawiać jadalne zboża, którymi mogliby się pożywić są zmuszani do uprawy roślin przemysłowych. Właśnie m.in. takie społeczności płacą o wiele wyższą, niż my, cenę za kupiony przez nas produkt. By wyprodukować tanie masło roślinne potrzebny jest olej palmowy, a żeby z kolei jego wytworzyć trzeba otwierać coraz więcej plantacji palm. Najlepsze warunki do założenia takiej uprawy panują w strefie okołorównikowej, gdzie rośnie wiele wilgotnych, niezwykle cennych puszczy tropikalnych. Bardzo często by otworzyć ogromne plantacje wycina i osusza się gigantyczne połacie lasów deszczowych. Skutki takich działań są opłakane zarówno dla przyrody jak i ludzi. Klimat lokalny staje się skrajnie suchy i gorący, przez co pozbawione puszczy społeczności lokalne zaczynają mieć poważne problemy z jedzeniem i wodą pitną, których to wcześniej dostarczał im las deszczowy. Właśnie takie bujne, wiecznie zielone lasy stanowią ogromny skarb zarówno dla ludzkości jak i natury - to właśnie one są zielonymi płucami Ziemi, to tam , dzięki specyficznemu mikroklimatowi , jest największa bioróżnorodność. Niszcząc te niezwykłe i rozbudowane kompleksy leśne sami sobie szkodzimy. M.in. takie destrukcyjne działania prowadzą do intensywnego wzrostu ilości CO2 w atmosferze, czyniąc globalne ocieplenie procesem jeszcze bardziej gwałtownym i nieprzewidywalnym. A to wszystko dzieje się by 8% ludzi, żyjących we względnym dobrobycie mogło posmarować sobie kromkę chleba masłem, lub skorzystać z innego taniego, produkowanego masowo produktu. I tutaj głównym winowajcą nie jest właśnie konsument (zazwyczaj nie zdaje on sobie w ogóle sprawy gdzie i w jakich warunkach dany produkt został wytworzony), a producent. Wielkie koncerny tworzą układy z władzą, na mocy których mogą obniżyć cenę produktu przerzucając jej część na środowisko i społeczeństwo. Kupując produkty rzadko zastanawiamy się z jakiego źródła pochodzą - zazwyczaj wybierając je sugerujemy się ceną. Bierzemy więc w większości rzeczy tanie, które są niezwykle uciążliwe dla środowiska i całych społeczności, oraz odciskają ogromną stopę węglową. Producent chce żebyśmy kupowali tani produkt na dużą skalę, gdyż wie, że właśnie wtedy zarobi najwięcej - nasza wolna wola jest wtedy częściowo podporządkowana „niskiej” cenie.
Ponadto koncerny wpływają na nas jeszcze w inny sposób - kreują mody i potrzeby, których wcześniej nie mieliśmy. Zafascynowani produktami z kolorowych reklam gnamy do sklepów - nie możemy być gorsi od innych - my też musimy je posiadać. Tak właśnie producentom udaje się sprzedać ,z ogromnym zyskiem, rzeczy często wtórne, które nie są człowiekowi po prostu potrzebne. W taki sposób wielkie korporacje ,pośrednio, wybierają za konsumentów. To pokazuje jak nieodpowiedzialny społecznie i środowiskowo  jest ten układ, tworzony… dla naszej wygody.

Świat jest w naszych rękach


         To jednak, że korporacje mają niebagatelny wpływ na nasze codzienne decyzje nie znaczy wcale, że nie mamy wolnej woli. Jeżeli podczas zakupów przyjrzymy się wybieranym produktom, zobaczymy z jakiego źródła pochodzą (obecnie istnieje bardzo wiele aplikacji, dzięki którym można sprawdzić to dokładniej), wtedy podejmiemy świadomą, nie zmanipulowaną zabiegami producenta decyzję - przestaniemy być marionetką korporacji. W tych niezwykle konsumpcyjnych czasach przed kupnem jakiegokolwiek modnego, szeroko reklamowanego przedmiotu, warto jest się poważnie nad nim zastanowić. Czy ten produkt jest nam rzeczywiście potrzebny? Czy jego kupno nie jest jedynie próbą dorównania innym, którzy już go mają? Po co mamy gonić za modą? Może uda nam  się znaleźć jakiś swój indywidualny, niepowtarzalny styl? Gdy zaczniemy wybierać świadomie, ograniczymy kupowanie produktów wielkich korporacji, nasze decyzje przestaną być tak destrukcyjne dla środowiska. Kupując nieco droższe produkty z małych, lokalnych firm możemy być pewni, że wytworzenie tego co kupujemy nie przysporzyło żadnemu człowiekowi cierpienia, a w przyrodzie nie wyrządziło szkody lub wpłynęło na nią w sposób niewielki. Wspierając takie małe przedsiębiorstwa działamy również na rzecz gospodarki krajowej (zamiast firm zagranicznych), czyli naszego, lokalnego dobra wspólnego.
Jednak nie tylko zakupy wpływają znacząco na środowisko; często na stacjach benzynowych, kupujemy kawę czy herbatę. Zazwyczaj za każdym razem zabieramy z zasobnika nowy kubek jednorazowy, który po wypiciu wyrzucamy - takie działania mają ogromny wpływ na środowisko. Dlatego podróżując warto zamiast tego kupić sobie swój podróżny kubek/termos, który będzie nam służył przez wiele lat, będzie znacznie wygodniejszy od tych jednorazowych i mniej uciążliwy dla Ziemi. Posiadanie takiego własnego kubka, menażki, czy przenośnych naczyń może się przydać również w fast foodach, a będąc w trasie, na wycieczce możemy zabierać ze sobą wcześniej przygotowany prowiant.
Pozostańmy przy temacie podróżowania - część z nas spędza wczasy za granicą. Niestety, wyprawy do odległych, pięknych miejsc są niezwykle uciążliwe dla środowiska (szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę to, że wyjeżdżając tak daleko korzystamy z samolotów - najbardziej emisyjnych środków transportu). Przed organizacją takich wakacji warto jest się poważnie zastanowić. Czy muszę jechać aż tak daleko? Może gdzieś bliżej są jakieś równie piękne miejsca? A może tym razem odpuszczę i wyjadę gdzieś do Polski? Nasz kraj ma bardzo szeroką ofertę turystyczną - mamy mnóstwo ciekawych, pięknych i zabytkowych miast i miasteczek, kilkaset kilometrów różnych pasm górskich w Karpatach i Sudetach idealnych do wakacyjnych wędrówek, nadbałtyckie klify, niezwykle cenne przyrodniczo miejsca (m.in. Puszcza Białowieska, Tatry, Bieszczady, Puszcza Świętokrzyska), rezerwaty i parki narodowe,  liczne agroturystyki, przystanie kajakowe, wypożyczalnie rowerów i wiele innych. Polska jest krajem niezwykle różnorodnym zarówno pod względem krajobrazowym, przyrodniczym, jak i historycznym, oraz kulturowym. Czasem jednak równie dużo szczęścia dają mikro-wycieczki. Naprawdę warto jest eksplorować swój region. Rozłóżcie mapę i poszukajcie, czy w waszej okolicy nie ma jakiegoś ciekawego miejsca (jeśli dobrze poszukacie na pewno coś znajdziecie). Zdrowsze dla nas i dla środowiska są właśnie takie częste, weekendowe mikro-wycieczki, w przeciwieństwie do jednorazowych dalekich wczasów (które łączą się z ogromnymi kosztami i  stresem). Są one lepsze dla naszej psychiki i zdrowia, znacznie mniej uciążliwe dla środowiska, jak i dla rozwoju lokalnych przedsiębiorców, oraz ludzi działających w turystyce.
Podobnie warto jest się zastanowić nad ogromnymi festiwalami i imprezami (szczególnie tymi odbywającymi się pod gołym niebem). One również wywierają ogromny wpływ na środowisko i ludzi. Duże festiwale odbywające się pod chmurką zawsze pozostawiają po sobie zatrważające ilości śmieci. Ponadto emitują wielkie ilości hałasu, który szkodzi zarówno widzom, ludziom zamieszkującym okolicę, jak i przyrodzie (ptaki i zwierzęta). Powinniśmy więc dobrze przemyśleć decyzję wyjazdu na duży koncert, lub inną podobną imprezę. Czy naprawdę muszę tam jechać? Czy taki hałas jest mi rzeczywiście potrzebny? Może w moim pobliżu są jakieś inne, kameralne, mniejsze koncerty? W ten sposób będziemy mogli wesprzeć ludzi działających niszowo, a których praca jest niezwykle pożyteczna i niedostrzegana. Pomyślmy co jest nam naprawdę potrzebne, a co nie. Bądźmy odpowiedzialni za nasze wybory i czyny. Nie bójmy się zadawać pytań i szukać na własną rękę - takie właśnie rozumowanie stoi u podstaw ochrony przyrody i walki z globalnym ociepleniem.


bibliografia:
- Borys Lewandowski "Client Shaming, czyli wstyd konsumenta", Miesięcznik Dzikie Życie, nr 9, wrzesień 2019


        
        
        
        
        


sobota, 21 września 2019

Młodzieżowy Strajk Klimatyczny - i co dalej?



         W piątek 20-tego września młodzież z tysięcy miast na całym świecie wyraziła swój niepokój związany z globalnym ociepleniem. Nic dziwnego - w końcu zmiany klimatu są zauważalne nawet w Polsce. W naszym kraju w ostatnich latach coraz częściej pojawiają się długoterminowe susze i fale upałów, które jeszcze XX wieku zdarzały się sporadycznie. MSK to jedna z inicjatyw, która bardzo mocno nagłośniła problem zmian klimatu. Sam również brałem w niej udział, gdyż walka z nimi należy do moich priorytetów. Przemawiające osoby wygłosiły wiele poruszających i inspirujących słów. Nasz protest postawił jednak przede mną znacznie więcej pytań niż odpowiedzi: Co teraz z tym zrobimy? Czy zastosujemy się do motywujących zdań wygłoszonych podczas strajku? Czy wzorem Grety Thunberg zmienimy coś w naszym życiu na rzecz walki z globalnym ociepleniem? Czy jesteśmy na to gotowi?



Młodzieżowy Strajk Klimatyczny - Cieszyn, 20.09.2019, fot. Nikodem Szlauer



         Na strajk przygotowaliśmy banery i tabliczki z różnymi hasłami: "We don't have a planet B", "Przyszłość jest w naszych rękach", "Ziemia to nie piec kaflowy", "Nie podnoście nam temperatury" itd. . Bardzo mocno zastanowił mnie ten ostatni napis. Bez kompromisów wskazuje on winowajców - dorosłych, którym wytyka ich poczynania. Jak to? Czyżby tylko oni powodowali zmianę klimatu? Przecież my również odciskamy swoją stopę środowiskową, często bardzo porównywalną do odciśniętej przez dorosłego. My także konsumujemy, podróżujemy, kupujemy setki potrzebnych i niepotrzebnych przedmiotów, a potem je wyrzucamy. Często chodzimy w zagranicznych ubraniach i butach, które również zostawiają potężną stopę węglową. Myślę, że nie o to chodzi w MSK. Energia, która została w nas wyzwolona po proteście powinna obrucić się w czyny. A może zamiast tylko wytykać innym co robią źle, lepiej wpierw spojrzeć na siebie? Czy robię coś by chociaż trochę zmniejszyć światową emisję? Czy jestem gotów coś zmienić w swoim życiu? Czy będę w stanie ograniczyć się dla dobra Ziemi? Młodzieżowy Strajk Klimatyczny jest świetną inicjatywą, ale nie powinniśmy kończyć naszej walki z globalnym ociepleniem na przejściu ulicą z transparentem w ręku. Mądre i poruszające słowa tracą na wartości gdy nie odnajdują zastosowania w rzeczywistości.

Globalne ocieplenie wyzwaniem dla młodych ludzi


         Urodziliśmy się w rzeczywistości, w której mamy styczność z problemem, jakim nigdy dotąd ludzkość nie miała do czynienia, a mianowicie ze zmianami klimatu. To my będziemy w przyszłości rządzić światem i za niego odpowiadać. Musimy zacząć konkretnie działać. Mamy naprawdę niewiele czasu. Obecnie średnia globalna temperatura jest wyższa względem epoki przedprzemysłowej o ok. 1°C. By nieodwracalnie wybić ziemski system klimatyczny z równowagi ocieplenie musi osiągnąć ok. 4°C. Według naukowców czasu pozostało nam naprawdę niewiele (do 2030 roku musimy zmniejszyć emisję o 50%, a w kolejnych kilkunastu latach do 0%) . Oczywiście większość emisji gazów cieplarnianych pochodzi ze źródeł naturalnych (nasza emisja to jedynie ok. 5% tej drugiej), jednak i ten znikomy procent wystarczy by wytrącić system klimatyczny z równowagi (więcej o globalnym ociepleniu i efekcie cieplarnianym napiszę w kolejnym tekście). Paradoksalnie, na ocieplającej się Ziemi wśród ludzi stał się popularny bardzo konsumpcyjny tryb życia. Chcemy mieć coraz więcej i więcej. Chcemy by gospodarka się coraz lepiej rozwijała, żeby w sklepach był coraz większy wybór. Gigantyczne koncerny mamią nas różnymi drogimi produktami, namawiając byśmy konsumowali jeszcze więcej. Według statystyk człowiek nigdy jeszcze nie spożywał tak wiele mięsa ile w czasach współczesnych (jego produkcja i hodowla zwierząt są niesamowicie uciążliwe dla środowiska). Jeśli każdy z nas miałby żyć, tak jak przeciętny Amerykanin (USA to najbardziej konsumpcyjny kraj świata), potrzebowalibyśmy czterech Ziem. Jeśli ludzkość wciąż będzie prowadzić taki styl życia, nasza planeta tego nie wytrzyma...

Co możemy zrobić?


         Często nam się wydaje, że od naszego małego wyboru nic nie zależy. Nic bardziej mylnego - każdy nasz codzienny krok ma niebagatelny wpływ na klimat. Kupując firmową bluzę, czy buty wspieramy wielkie korporacje i de facto stajemy się ich niewolnikami. A właśnie potężne koncerny odciskają gigantyczną stopę węglową. Wspierając je dobrowolnie dokładamy się do ociepleniu klimatu. Konsumpcja tak zawładnęła nami, że nawet na Młodzieżowym Strajku Klimatycznym, który występuje przeciwko niej, wielu z nas włożyło firmowe ubrania, produkowane przez właśnie takie koncerny. Czyż to nie hipokryzja? Wytykamy innym niekonsekwentne działania, a sami dobrowolnie dokładamy się do zmiany klimatu, a co więcej reklamujemy i wspieramy taki tryb życia. Strajk jest ważny, lecz będzie mieć sens jedynie wtedy kiedy my sami zaczniemy się zmieniać. Nie bójmy się zadawać trudnych pytań. Współczesny człowiek niesamowicie boi się spojrzeć wgłąb siebie, gdyż nie wie co tam może zobaczyć. Musimy być konsekwentni i odpowiadać za nasze czyny. Jeżeli dobrowolnie i w pełni świadomie przyczyniamy się do czyjegoś cierpienia, musimy za to wziąć odpowiedzialność. Przemaszerować ulicą z transparentem w ręku jest bardzo łatwo. Ograniczenie się, bądź zrobienie czegoś konkretnego, przyczyniającego się do walki z globalnym ociepleniem jest o wiele trudniejsze. Dlatego gorąco zachęcam Was chociażby do spróbowania wybicia się z codziennych schematów, do choć drobnej zmiany. Naprawdę każdy nasz drobny wybór ma wpływ na zewnętrzny świat. Jeśli zaczniemy to robić razem uda nam się ocalić całą naszą planetę. Przy odrobinie wyobraźni, kreatywności i samozaparcia uda nam się powstrzymać zmianę klimatu.

piątek, 19 lipca 2019

Beton i stoki narciarskie - "nowa" wizja Beskidów..




         Góry są jednymi z najcenniejszych obszarów przyrodniczych w Polsce; wiodą tu ważne dla wielu gatunków korytarze ekologiczne, fragmenty naturalnych lasów są ostoją dla największych polskich ssaków, a tatrzańskie granie domem dla niewystępujących w żadnym innym zakątku naszego kraju, świstaków i kozic górskich. W wielu częściach Karpat środowisko współgra z człowiekiem, jednak niestety w polskich Beskidach wygląda to zupełnie inaczej... U nas przyroda nie jest partnerem, który pomaga się rozwinąć, a wrogiem, z którym trzeba walczyć i porządkować go...


Betonowa stolica gór


Hotel Gołębiewski w Wiśle, zdj. ilustracyjne


        Beskid Śląski jest chyba najbardziej zurbanizowanym pasmem polskich Karpat. Doskonale widać to po jego stolicy - Wiśle. Najbardziej rzucającą się w oczy rzeczą, przy wjeździe do miasta, jest ogromny luksusowy Hotel Gołębiewski, który wyraźnie dominuje nad całą miejscowością. Wiślańskie domy i betonowe apartamenty dochodzą praktycznie aż do samych szczytów gór (nawet do wysokości 800 m.n.p.m.). Wielkie budynki wypoczynkowe, skocznie i stoki narciarskie pocięły całą dolinę i przyległe pasma górskie, silnie kalecząc środowisko i krajobraz... Niemal całkowicie zniknęły stąd duże ssaki takie jak, niedźwiedzie i wilki, które niegdyś zamieszkiwały te góry. Rzeka Wisła została tam niemal całkowicie wyregulowana - nadbrzeżną roślinność wycięto, a brzegi umocniono kamieniami i betonem, oraz stworzono sieć sztucznych kaskad. W tamtym miejscu przypomina ona bardziej rynsztok, lub kanał niż królową polskich rzek (więcej o tym przeczytasz w tym tekście: Kraj suchy jak pieprz). Ludzie jeżdżą w góry po to aby pooddychać świeżym powietrzem (jest to jednak sprawa dość kontrowersyjna, ponieważ w miesiącach zimowych smog potrafi być tam większy niż np. w Krakowie), żeby zbliżyć się do natury, odpocząć od miasta. Czy dziś Wisła zapewnia to turystom? Szczerze w to wątpię - wcale nie przybliża ludziom natury, a sztuczne formy rozrywki, takie jak luksusowe hotele, baseny, parki linowe, tory gokartowe, automaty do gry i inne sztuczne formy rozrywki. Właściwie można byłoby taką samą miejscowość wybudować pod hałdą kopalnianą (uprzednio obsadzając ją częściowo drzewami i budując stoki narciarskie). Co roku do źródeł królowej rzek polskich przyjeżdżają dziesiątki tysięcy turystów, którzy często od samego Ustronia (miejscowość położona ok. 10 kilometrów od Wisły), muszą czekać w kilkugodzinnym korku, zanim dojadą do centrum miasta (stojące tabuny samochodów mogą wywołać smog nawet w środku lata). Właściwie tylko w kilku małych wiślańskich dzielnicach środowisko przyrodnicze zachowało się w stanie mniej naruszonym, m.in. w Czarnem i Malince. Z tej pierwszej można wyruszyć ciekawym szlakiem wzdłuż Białej Wisełki, gdzie zachował się las mający cechy naturalnego (choć i tam są porozsiewane niewielkie osiedla górskie, a większość trasy wiedzie drogą asfaltową), a z drugiej można podążyć na szczyt Malinowskiej Skały (1152 m.n.p.m.), będącej bardzo widokowym i ciekawym szczytem (jak i całe pasmo Baraniej Góry i Skrzycznego). Turyści, którzy chcą się zetknąć z naturą, muszą jednak oddalić się przynajmniej kilka kilometrów od centrum betonowej stolicy...


 Dzika przyroda na uboczu


Hala Jaworowa - fot. Gazeta Codzienna
         Jedną z najcichszych i najspokojniejszych wsi w Beskidzie Śląskim jest Brenna. Miejscowość ta jest położona bardzo malowniczo, w dolinie rzeczki Brennicy, równoległej do tej wiślańskiej. Tam jednak krajobraz zupełnie nie przypomina tego, ze stolicy tych gór: domy nie wspinają się na szczyty gór (większość nie przekracza granicy lasu), a hotele (których jest tam zaledwie kilka) znajdują się w centrum wsi, a ich rozmiary nie są wielkie. Znajduje się tam zaledwie 5 małych ośrodków narciarskich, ukrytych w wąskich i głębokich dolinach. Wokół Brennej zachowały się bardzo cenne fragmenty górskich lasów, w stanie mocno zbliżonym do naturalnego, położonych w różnych miejscach (np. na północnych i północno -zachodnich stokach Kotarza, w dolinie potoku Hołcyna, Leśnicy, lub Potoku Goleszowskiego). Znajduje tam się również bardzo cenna pamiątka po dawniej silnie rozwiniętej tradycji pasterskiej - Hala Jaworowa (inaczej Hala Kotarska). Jest to największa polana w Beskidzie Śląskim, a zarazem jedna z najstarszych (niektóre źródła podają, że wypas owiec był prowadzony tam już w XVI wieku). Na hali powstały piękne, typowe dla regla dolnego łąki. Tego typu polany pozwalają na ochronę gatunków roślin i owadów, które nie występują w żadnych innych siedliskach. Korzystają z nich również ptaki drapieżne, którym trudno jest polować na małe gryzonie w wąskich dolinach rzecznych, lub jelenie, które znajdą tam o wiele więcej pożywienia, niż w głębi lasu. Ponadto Hala Jaworowa posiada bardzo duże walory krajobrazowe - niesamowicie harmonijnie wpisuje się w otaczający ją pejzaż. Należy również do najbardziej widokowych miejsc w tej części Beskidów; można stamtąd obejrzeć prawie wszystkie pasma Beskidu Śląskiego. Mimo tych wszystkich walorów Hala Jaworowa nie jest często odwiedzana przez turystów, a wynika to głównie z jej położenia (by do niej dojść potrzeba przynajmniej godziny wędrówki kamienistymi górskimi szlakami). Dzięki temu, że polana jest położona na uboczu, udało się ją zachować w stanie właściwie niezmienionym po dziś dzień. Jednak nawet i to położone na "zapleczu" Beskidu Śląskiego miejsce jest zagrożone...


 Dziedzictwo zagrożone, czyli betonujemy dalej...



         Niedawno Brenną zainteresowali się inwestorzy. Kilka lat temu utworzyli firmę Kotarz Agro, której głównym założeniem jest rozwój zadłużonej wsi. Na ich stronie internetowej można znaleźć posty na temat regionalnej kultury i przyrody gór, na których rzekomo im bardzo zależy. Pokazują mieszkańcom, że gmina dzięki ich projektowi się rozwinie: rozbudują infrastrukturę turystyczną i drogową. Brennianie szybko uwierzyli inwestorowi, twierdząc że jego inwestycje faktycznie przyniosą im materialne korzyści. W ten sposób firma Kotarz Agro, bardzo sprytnie zdobyła sobie zaufanie mieszkańców i mogła pójść nieco dalej w swoich działaniach. Kilka lat temu inwestor utworzył projekt o nazwie "Kotarz Arena", którego celem jest... zbudowanie gigantycznego ośrodka wypoczynkowego (mającego należeć do największych w tej części Europy), w jednym z najcenniejszych krajobrazowo i przyrodniczo miejsc, czyli regionie wcześniej wspomnianej Hali Jaworowej i Kotarza. Kotarz Agro planuje wyciąć pod ten projekt aż 25 ha lasu (który opisywałem we wcześniejszej części artykułu)! Oczywiście większość "złapanych na wędkę" mieszkańców nie wyraziła sprzeciwu, a wręcz przeciwnie - bardzo uradowali się, że taka "wspaniała" inwestycja zostanie zrealizowana w ich gminie. Tylko niewielka część brennian wyraziła silny sprzeciw (byli to głównie ludzie mieszkający u podnóża góry Kotarz i Hali Jaworowej, oraz aktywiści ekologiczni). Utworzyli oni ruch społeczny o kryptonimie "SOS dla Hali Jaworowej", działający przeciwko inwestycji. Jednak w ostatnim czasie najsilniejszych działań przeciw "Kotarz Arenie" podjęła się Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot (polskie towarzystwo ekologiczne). Jego przedstawiciele uczestniczyli (i będą uczestniczyć) w spotkaniach z samorządami Brennej i Szczyrku (przedsięwzięcie powiązało się również z tą drugą miejscowością), szukali odpowiednich dokumentów, oraz zaczęli badać miejsce, które Kotarz Agro chce wykupić pod ośrodek. Sprawę wprowadzono do SKO (Samorządowa Komisja Okręgowa), która po wielu obradach wydała opinię negatywną dla inwestycji w Brennej, co postawiło ją pod znakiem zapytania. Decyzja komisji jednak nie zamyka przedsięwzięcia całkowicie, ponieważ jak twierdzi Kotarz Agro, nie jest ona ostateczna. Również Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot poinformowała mnie, że na razie sprawa jest w toku i, że na ten moment nie są w stanie udzielić mi więcej informacji.
        
         Jak jednak miałby wyglądać ośrodek na Kotarzu? Według informacji znalezionych przeze mnie w internecie miałyby tam powstać m.in.

·                    Elektrownia szczytowo - pompowa, oparta na zbiornikach małej retencji (na Hali Jaworowej),
·                    Farma fotowoltaiczna (na Hali Jaworowej, lub na przestrzeni otwartej, otrzymanej po uprzednim wyrębie lasu),
·                    Przemysłowy magazyn energii,
·                    Mikro turbiny wiatrowe o pionowej osi obrotu, współpracujące z magazynami energii,
·                    Zespół mikro elektrowni wodnych,
·                    Infrastruktura transportowa oparta na pojazdach o napędzie elektrycznym, jak również rowerach elektrycznych, a także stacjach ładowania pojazdów,
·                    Centrum Badawczo - Rozwojowe Technologii Środowiskowych,
·                    Ogród botaniczny,
·                    Park etnograficzny,
·                    Hotel czterogwiazdkowy na 600 miejsc noclegowych, wraz z częścią konferencyjną na 1000 osób,
·                    Aquapark na 1500 osób,
·                    Zespół 280 aparthoteli,
·                    Kolej gondolowa, całoroczna o długości 2350 m,
·                    Pięć kolei sezonowych o łącznej długości od 700 do 1000 m,
·                    Kompleks 10 km tras do narciarstwa zjazdowego, oraz 10 km tras do narciarstwa biegowego,

Oraz wiele innych, tego typu nowinek dla turystów. Wszystkie założenia tego projektu znajdziecie w poniższej ulotce:

1 strona ulotki

2 strona ulotki


Czyż to nie jest hipokryzja? Inwestor chce wyrąbać ogromne połacie lasów w Beskidzie Śląskim (m.in. tych porastających zbocza Kotarza), by zbudować w ich miejscu ekologiczne elektrownie i ogród botaniczny... Kolejna sprzeczność - inwestycja zniszczy dawny, kulturowy wygląd Hali Jaworowej i zastąpi to parkiem etnograficznym... Kotarz Agro umieszcza na swojej stronie posty o przyrodzie gór i o kulturze regionu, pokazując swoje działania jako ekologiczne i właściwie pozbawione wad. Tymi zabiegami łatwo owinęli sobie ludzi wokół palca...
         Czy Brenna może wyjść z kryzysu bez "pomocy" inwestora? Czy gospodarka w górach może wyglądać inaczej? Przenieśmy się teraz za granicę naszego kraju...


 Słowacja dobrym gospodarzem gór



Słowacka wieś Podbiel - fot. autor

           Bardzo ważnym okresem dla ochrony przyrody na Słowacji był koniec XX i sam początek XXI wieku. Wtedy w słowackich Karpatach powstało aż siedem parków narodowych (chronologicznie PN Niżne Tatry, PN Słowacki Raj, Mała Fatra, PN Płaskowyż Murański, PN Połoniny, PN Kras Słowacki, oraz PN Wielka Fatra). Co bardzo istotne były one zakładane, tuż obok siebie, dzięki czemu większość pasm górskich położonych w centrum kraju została objęta ochroną. Sieć powstałych parków narodowych pozwoliła w znaczącym stopniu ochronić środowisko naturalne tej części Karpat. Dlaczego niewielkie odległości między nimi są tak ważne? Otóż mimo tego, że podzieliliśmy góry na pasma, to i tak funkcjonują one jak jeden wielki organizm - nie podzielony granicami. między poszczególnymi pasmami przebiegają tzw. korytarze ekologiczne, czyli swego rodzaju "trakty", którymi wędrują gatunki. Ulokowane blisko siebie parki narodowe bardzo wspomagają ochronę takich "szlaków", które pozwalają funkcjonować tym górom jak jeden organizm. Mimo wielu miejscowości położonych u podnóża gór, "sieć" ta funkcjonuje w sposób bardzo skuteczny. Ochrona karpackich korytarzy ekologicznych, jest bardzo ważna dla środowiska przyrodniczego tych gór; dzięki nim gatunki mogą swobodnie przemieszczać się między pasmami górskimi i mieszać z osobnikami zamieszkującymi inne tereny. Dlaczego wędrowanie gatunków jest tak ważne dla środowiska? Jako przykład podam populację jeleni, zamieszkującą pewne pasmo górskie. Jeżeli w takim miejscu nie ma żadnych większych drapieżników, przedstawiona grupa zacznie się coraz bardziej powiększać, a jej potrzeby wzrosną równie silnie. Jelenie będą potrzebowały więcej pokarmu i zaczną na masową skalę niszczyć młode drzewka np. buki, które są osobną populacją. W wypadku gdy korytarz ekologiczny (np. przez jakiś duży kompleks narciarski) jest zamknięty i inne gatunki nie są w stanie dotrzeć do wymienionego miejsca, bukowy las zacznie się w zupełnie niekontrolowany sposób pomniejszać. Gdy jednak takie przejście istnieje, populację jeleni może zwęszyć np. wataha wilków i korzystając z niego dostać się do niej. Wtedy duża grupa ulegnie rozbiciu i zmniejszeniu, a las zacznie odrastać - w środowisku zapanuje równowaga.

         Sieć parków narodowych w słowackich Karpatach wywarła bardzo silny wpływ na sposób gospodarowania w położonych u ich podnóża wsi. Z powodu tego, że góry zostały objęte ochroną, możliwość rozpoczęcia budowy jakichkolwiek dużych stoków narciarskich, czy wielkich inwestycji na ich zboczach została niemal całkowicie zablokowana. Słowacy udowodnili jednak, że ich gminy mogą się rozwinąć bez pomocy żadnego inwestora; postanowili postawić na rozwinięcie turystyki pieszej w regionie i promocji kultury regionu. Mieszkańcy pozakładali małe agroturystyki, oraz sklepiki z regionalnymi wyrobami. Powstała również sieć tzw. regiomatów - automatów sprzedających regionalną żywność (głównie sery z owczego mleka). Dzięki dobremu rozreklamowaniu tych terenów, do podgórskich wsi zaczęli napływać turyści.W Terchovej (wsi położonej u podnóża Małej Fatry), co roku odbywa się festiwal folklorystyczny "Janosikowe Dni" (wykształcił się tam odłam muzyki ludowej, tzw. "terchovská ľudova hudba" wpisany na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO). Tym sposobem tradycyjny wygląd górskich wsi zachował się do dziś w stanie niewiele zmienionym, górska przyroda pozostała skutecznie chroniona, a mieszkańcy regionu się wzbogacili.
                  
         Czy gospodarka w polskich Karpatach nie mogłaby wyglądać w ten sposób? Czy polscy turyści nie potrafią się już zachwycać dziką naturą i potrzebują dodatkowych, sztucznych atrakcji? Czy musimy wiecznie rywalizować z nią? Myślę, że to dobry temat do rozważenia dla beskidzkich samorządowców.