środa, 28 sierpnia 2019

Przystanek w sercu Europy


  

 

         Ujście Warty do Odry to niezwykłe miejsce. Jego krajobraz znacznie różni się od rolniczych równin i sosnowych monokultur, które zewsząd je otaczają. Tam przyroda już nie kłóci się z człowiekiem, ale z nim współgra. W Ujściu Warty rozciągają się ogromne, dzikie rozlewiska, bagna i podmokłe łąki, będące ewenementem w krajobrazie i przyrodzie Europy Środkowo-Zachodniej. Niezwykłe warunki środowiskowe i geograficzne sprawiły, że miejsce to stało się swego rodzaju domem i przystankiem, dla milionów ptaków ze wszystkich części naszego kontynentu. W jaki sposób na tak silnie zagospodarowanych, poniemieckich terenach uchowały się tak piękne i cenne mokradła? Co sprawia, że miejsce to jest tak priorytetowe dla setek gatunków ptaków? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w tym tekście...





Klucz żurawi w PN "Ujście Warty", fot.  Grzegorz Ptak





         Dolina domem


         Skąd więc na tak silnie zagospodarowanych terenach uchowały się tak wielkie połacie bagien? Aby odpowiedzieć na to pytanie konieczne jest sięgnięcie do źródeł historycznych. W pracy profesora Alfreda Kanieckiego pt. "Przemiany środowiskowe związane z antropopresją w ujściowym odcinku Warty" czytamy, że doliny rzeczne należą do najsilniej przekształconych przez człowieka terenów. Wynikało to z tego, że w takich miejscach panowały po prostu bardzo dobre warunki do osadnictwa. Rzeka była dla ludzi w zasadzie niewyczerpalnym źródłem wody pitnej, oraz szlakiem wodnym, którym można było spławiać ciężkie towary z jej biegiem. Ponadto w dolinach panują doskonałe warunki dla rozwoju rolnictwa - klimat jest łagodniejszy niż na przyległych terenach, a i gleby są znacznie żyźniejsze (często wylewająca rzeka nanosiła na brzegi tony bogatego w związki mineralne mułu). Jednakże gdybyśmy się przyjrzeli różnym fragmentom tej samej doliny rzecznej dostrzeżemy, że są one zagospodarowanemu w zupełnie różny sposób. W Dolinie Dolnej Odry, w okolicach Wrocławia zobaczymy rozległe pola kukurydzy, zboża, a czasami nawet małe winnice, czego na pewno nie znajdziemy u źródeł tej samej rzeki w Sudetach. Tam dolina jest zbyt wąska, a klimat zbyt surowy, by mogło rozwinąć się rolnictwo. Zamiast tego pojawiło się tutaj pasterstwo, którego rozwój nie był uzależniony od warunków klimatycznych i urodzajności gleb. W różnych miejscach w zależności od warunków geograficznych, oraz środowiskowych doliny rzeczne były użytkowane w odmienny sposób. Przekształcanie Ujścia Warty, również było prowadzone pod konkretną działalność. Tam było to rozwinięcie hodowli bydła.

Wypas bydła w otulinie PN "Ujście Warty", fot. Grzegorz Ptak



Mała Holandia


Zabytkowa stacja pomp w Warnikach, fot. Grzegorz Ptak




         Potencjał Ujścia Warty został dostrzeżony bardzo późno. Do połowy XVIII wieku miejsce to było w ogóle nie zamieszkane. Do tamtego czasu Warta nie płynęła jednym korytem (jak dziś), tylko kilkudziesięcioma. Tworzyły one skomplikowaną sieć rzeczną, która obejmowała całą, szeroką na kilka kilometrów dolinę. Tereny te porastał wtedy głównie podmokły las łęgowy z przewagą olchy, topoli i wierzby. Zamieszkana była jedynie krawędź doliny i tereny położone powyżej. Dopiero w późniejszym okresie zaczęły powstawać ulokowane nad wodą małe osady rybackie. Dopiero w drugiej połowie XVIII wieku, król pruski Fryderyk Wielki zarządził rozpoczęcie prac melioracyjnych i regulacyjnych w Ujściu Warty. Rzeka została uregulowana, a ogromną część dawnych naturalnych rozlewisk pocięto setkami kanałów. Wzniesiono około stu kilometrów wałów przeciwpowodziowych, w które wbudowywano tzw. stacje pomp. Wydarte Warcie tereny wykarczowano i zaczęto przekształcać w pastwiska, oraz pola uprawne. Gdyby przyjrzeć się skomplikowanemu systemowi kanałów, wałów i systemów melioracyjnych, łatwo jest dostrzec, że projekt ten podzielił deltę Warty na dwie części. W pierwszej miały w przyszłości powstać pola uprawne i wsie, więc ją najgęściej pocięto siecią kanałów i osuszono. Wtedy powstały tzw. poldery (ziemie wydarte rzece, morzu, lub jezioru, pocięte gęstą siecią kanałów) - bardzo przypominające holenderskie melioracje. W drugiej części miały się wylewać nadmiary wody, zarówno z pól uprawnych, jak i z Warty. Tam miał rozwinąć się wypas bydła. Obie części zostały od siebie oddzielone pierścieniem wałów przeciwpowodziowych, na których ulokowano stacje pomp (patrz rys. 1). Pompownie miały wypompowywać nadmiary wody, z pierwszej części w okresie wilgotnym i wylewać je w drugiej. Podczas suszy sytuacja miała się odwrócić - z części wilgotniejszej wypompowywano wodę na pola. Wały otaczające część  zalewową musiały być bardzo wytrzymałe - nieraz podczas okresów deszczowych fragment ten znikał pod kilkumetrową powierzchnią wody. Właśnie tam wykształciły się najlepsze warunki dla ptaków.

rys. 1 mapa hydrologiczna Ujścia Warty (w porze wilgotnej) legenda:
- czerwone kropki - stacje pomp,

- sieci niebieskich linii - kanały,

- brązowy - osuszany fragment (część pierwsza),

- jasnoniebieski - fragment zalewowy (część druga),

- czarne strzałki - kierunek pompowania wody przez pompownie,

- ciemnoniebieskie strzałki - kierunek nurtu rzek,
- czarne linie - wały przeciwpowodziowe

wykonanie mapy: autor



Ptasi dworzec


Stado czajek (ok. 200 osobników) w otulinie PN "Ujście Warty", fot. Grzegorz Ptak


         Od momentu gdy rozlewiska Warty zamknięto wałami od północy, wschodu, oraz południa, rozpoczęto intensywny wypas krów i koni. Zwierzęta zjadały wysoką roślinność, przez co łąki zaczęły się tam coraz bardziej poszerzać. lokalny klimat zmienił się - temperatura powierzchni ziemi się podwyższyła, zwiększyła się częstotliwość i siła wiatrów, co jeszcze bardziej zmniejszyło szansę na ponowne pojawienie się w tamtym terenie lasu. Dzięki temu w Ujściu Warty powstały wielkie, bezleśne, porośnięte trzcinami, lub trawami przestrzenie. Takie miejsca mają dla ptaków niebagatelne znaczenie. Na tego typu wielkich, trawiastych przestrzeniach pożywienia jest pod dostatkiem (w szczególności owadów), a gęste trawy są doskonałą kryjówką i miejscem na uwicie gniazda. Również dla drapieżników takie tereny mają nie lada znaczenie - na łąkach i mokradłach gromadzą się setki mniejszych ptaków, w poszukujących pokarmu. Wtedy ptak ma niezwykle proste zadanie - musi znaleźć sobie czatownię, z której będzie mógł uważnie obserwować okolicę, a później wznieść się i spaść z góry na ofiarę. Wielkie trawiaste przestrzenie mają duże znaczenie zarówno dla ptaków, które sprawują u nas lęgi, jak i dla tych wędrujących. Gdybyśmy odnaleźli Ujście Warty na mapie Europy, szybko dostrzeglibyśmy, że znajduje się ono w centrum kontynentu - w połowie drogi między skandynawską tundrą, a brzegami Morza Śródziemnego, między zachodnim wybrzeżem Francji, a rosyjską Karelią. Na postój zatrzymują się tam np. przepiórki, lecące ze Skandynawii na zimowiska w Afryce (głównie w Sahelu). Z "ptasiego dworca" korzystają również żurawie, gniazdujące w Północno-Wschodniej Europie, które na zimę lecą do Hiszpanii i południowej Portugalii. W Ujściu Warty można zobaczyć stada liczące nawet po kilkadziesiąt tysięcy osobników (najczęściej jesienią i wiosną). Miejsce to nie jest jednak jedynie przystankiem dla ptaków wędrownych - jest również miejscem zimowania wielu gatunków z dalekiej północy. Ujście Warty jest zimowiskiem dla wielu gatunków gęsi gniazdujących w rosyjskiej tundrze, lub skandynawskiej Laponii. Jest to najważniejsze noclegowisko gęsi zbożowych w Europie. W 1997 roku w jedno miejsce zleciało się około 200 000 zbożówek i gęsi białoczelnych. W Ujściu Warty można również zobaczyć bardzo rzadkie gatunki, których w innych częściach Europy próżno szukać, np. bernikle, gęsi egipskie, śnieżne, a nawet gniazdujące w Azji Środkowej gęsi tybetańskie. Zimą w miejscach gdzie woda nie zamarza, można zobaczyć duże stada łysek, oraz traczy, również pochodzących z dalekiej północy.


Trzcinniczek w wysokich trzcinach nad brzegiem kanału, w otulinie PN "Ujście Warty", fot. Grzegorz Ptak


Rzeczpospolita Ptasia


Wjazd do Rzeczpospolitej Ptasiej, znak przy stacji pomp w Słońsku, fot. Grzegorz Ptak




         Po przekształceniu dawnego rezerwatu "Słońsk" w Park Narodowy "Ujście Warty" w 2001 roku, wśród mieszkańców pojawił się pomysł utworzenia Towarzystwa Przyjaciół Słońska. Tuż po swoim powstaniu podjęło unikalną na skalę Polski inicjatywę - utworzenie Rzeczpospolitej Ptasiej. Celem tego przedsięwzięcia było klubowe zrzeszenie miłośników ptaków, przyjeżdżających do Słońska. Państwo to ma swoją własną konstytucję, wybieranego raz na cztery lata prezydenta, oraz biuro paszportowe. Paszport RP może otrzymać każdy miłośnik ptaków przyjeżdżający do Ujścia Warty, niezależnie od miejsca zamieszkania. Od 2002 roku w miasteczku organizowane są zloty obywateli ptasiego kraju, podczas których odbywają się rozmaite wykłady ornitologiczne, wystawy, warsztaty, oraz wybory na ptaka roku (rok 2002 był Rokiem Derkacza, a 2019 jest Rokiem Wodnika). Podczas kolejnych wizyt w Ujściu Warty obywatel RP otrzymuje wbijaną do paszportu pieczątkę. Dzięki tej niezwykłej inicjatywie region Słońska w ostatnich latach ożył. Mieszkańcy zaczęli zakładać prywatne agroturystyki i wypożyczalnie sprzętu turystycznego. Z roku na rok w ptasim kraju pojawia się coraz więcej turystów. Być może za jakiś czas również i w Polsce birdwatching stanie się popularnym hobby.

Ujście Warty w obliczu zmian klimatu


Wyschnięty ols nad Wartą, fot. Grzegorz Ptak


         Ziemia Lubuska, oraz Wielkopolska to regiony Polski, którym zmiany klimatu najbardziej dają się we znaki. Według klimatogramów średnia suma opadów dla tamtych terenów to ok. 550 mm rocznie. Niestety w ostatnich dekadach, opady w tej części są coraz niższe. W 2018 roku suma opadów w Kostrzynie nad Odrą wyniosła ok. 300 mm - to mniej niż w greckich Atenach! Susza tam jest tak straszna, że zaczynają wyczerpywać się wody podziemne. W tym roku na Nizinie Wielkopolskiej w czerwcu odnotowano kolejny rekord temperatury - 38 stopni Celsjusza. W pobliskim Ujściu Warty sytuacja nie wygląda lepiej. Tam jest tak sucho, że nawet najbardziej prości ludzie dostrzegają zmiany klimatu. Właśnie w Parku Narodowym "Ujście Warty" spotkałem w tym roku pewnego starszego pana - rolnika. Zapytałem go między innymi o suszę w tym regionie.

- Proszę pana, porządnego deszczu nie było tutaj od kilku lat... Kiedyś jeszcze w lipcu, ta droga, na której teraz stoimy była pod wodą. W tym roku już w czerwcu było tutaj zupełnie sucho... Najgorsze, że zimą śniegu nie ma. Ostatni raz śnieg padał tutaj cztery lata temu... No cóż, klimat się zmienił i mamy jak mamy... - mówił.

         Przy ścieżce przyrodniczej "Ptasim Szlakiem" w PN "Ujście Warty" stoi wiata, na której wsporniku zaznaczone są wahania poziomu wody w różnych latach. Latem w 1997 roku ścieżka znajdowała się trzy metry pod wodą, a w styczniu 2010 dwa metry. Od 2010 roku nie notowano już tak wysokich wartości. Skrajnie niskie stany wód nie sprzyjają ptakom. Gdy te tereny się osuszają, drapieżniki, takie jak kuny, szopy i lisy, mogą pustoszyć gniazda, wyrządzając ogromne szkody. Susza jest tak ogromna, że w Obwodzie Ochronnym "Polder Północny" zaczyna brakować wody. Służby parku prowadzą w ostatnich latach projekt, który ma na celu zatrzymywanie jak największej ilości wody w polderze (prace polegają głównie na przekopywaniu kanałów i instalowaniu systemów zastawek). Jeżeli zmiany klimatu będą ciągle przybierały na sile, to w przyszłości nawet w Obwodach Ochronnych "Słońsk", oraz "Chyrzyno", które obejmują najwilgotniejszą część parku mogą być poważne problemy z wodą... W Ujściu Warty, globalne ocieplenie bardzo mocno wpływa na zachowania ptaków. Zimy są tak ciepłe, że niektóre, odlatujące na zimę osobniki decydują się na przezimowanie na nadwarciańskich rozlewiskach. Mrozy zdarzają się coraz rzadziej, a i opady śniegu maleją. Jak będzie wyglądała przyszłość tego jednego z najważniejszych dla ptaków miejsc? Na to pytanie nikt nie jest w stanie precyzyjnie odpowiedzieć. Jeżeli ludzkość nie przestanie konsumować tak dużo i wydzierać naturze ogromnych ilości dóbr, to przyszłość naszej planety będzie malować się w ciemnych barwach - sami na siebie sprowadzimy zagładę. Czy do tego dojdzie? Na to pytanie również nikt nie potrafi odpowiedzieć. Wciąż jednak mamy szansę przywrócić system klimatyczny do równowagi. Nie możemy jej zmarnować.

Literatura:

  • Alfred Kaniecki - "Przemiany środowiskowe związane z antropopresją w ujściowym odcinku Warty", Wydawnictwo Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk 2014, link do tekstu: http://hdl.handle.net/10593/23602,
  •  Chris Mead, M. Ogilivie, B. Jackson, J. Jackson, P. Fullagar, T. Oatley - Atlas "Migracje Ptaków - szlakami skrzydlatych podróżników", Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków, wydawnictwo Muza SA, Warszawa 2007,
  • Jacek Engel - "Ujście Warty", magazyn "Ptaki Polski", wiosna 2007


poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Księga Dni - cz. 1 - Mury Ceglane


Księga Dni jest zbiorem moich reportaży z różnych miejsc, które odwiedzałem. Opisuję tu tereny bliskie mi, piękne, ale również brzydkie, smutne, bardzo mi odległe. Wygląd jednak nie odgrywa tutaj większego znaczenia. Księga Dni będzie zbiorem różnych historii, krajobrazów, ludzi - swoistym zapisem dnia codziennego. Piszę tutaj o momentach radosnych, niosących nadzieję, ale również o smutnych, szarych i monotonnych. Tak wygląda rzeczywistość. Życie jest tańcem czasu. Tańcem dni powszednich, smutnych, beznadziejnych, świętych... Drogi Czytelniku, mam nadzieję, że lektura tej publikacji przynajmniej w części pozwoli Ci żyć tu i teraz, cudem dnia powszedniego...



3 sierpnia, 2019, Górny Śląsk


         Wyjeżdżaliśmy. Koła rowerów dudniły o wąską, dziurawą drogę. Czerwień ceglanych domów wyostrzało zachodzące sierpniowe słońce. Skwarne czerwcowe dni spaliły zbyt silnie przyciętą trawę na wióry. Monotonne, przycięte ogrody, otaczające bogate domy, ciągnęły się jeszcze bardzo długo. Taki krajobraz jest bardzo nużący. Człowiek wyrzucił przyrodę za płot, na zbity pysk. To "porządkowanie" zabałaganiło krajobraz Górnego Śląska. Przeraża mnie to...

       Po jakiejś godzinie dojechaliśmy do sporego lasu, oddzielającego szerokim, zielonym murem górniczą Wesołą i rolnicze Lędziny. Było tu pięknie. Nie przypominał on zwykłych, wyprostowanych lasów gospodarczych, porastających większość naszego kraju; rosły tu graby, brzozy, świerki, dęby, a miejscami potężne buki, na których pasożytują obślizgłe huby. Z lasu wychodziło wilgotne, tak słodkie powietrze, że aż chciało się je pić. Po ponad godzinnej jeździe znaleźliśmy się w Zamościu - przysiółku Lędzin...


Pola obok Lędzin, fot. autor


         Lędziny są małym, bardzo ciekawie położonym miasteczkiem (z takich którym bliżej jest do wsi, niż do miasta). Od północnego - zachodu zamyka je ciemna ściana lasu, tworząca niesamowitą atmosferę, wprowadzając w krajobraz tajemnicę i swego rodzaju niepokój. Od wschodu okalają niskie, zalesione wzgórza, a od południa otwierają się wielkie pola i łąki, ciągnące się aż do Bierunia. Króluje tu rolnictwo. Całe miasteczko okala zewsząd pierścień pól pszenicy i kukurydzy. W samym centrum wznosi się kopulaste wzgórze, z barokowym kościółkiem na szczycie. Od południa wzniesienie jest pokryte polami, a u podnóża roztaczają się rozciągają się duże łąki. Od zachodu, północy i wschodu wzgórze okalają domy. Ze wzniesienia roztacza się piękny widok na las, wioski otaczające Lędziny, a daleko, daleko na południu majaczą zamglone szczyty Karpat. Nie zatrzymaliśmy się tu. Śpieszyło nam się...

         Za Lędzinami dojechaliśmy do drogi biegnącej aż do Bierunia. Ze wszystkich stron otaczały nas wielkie pola i łąki, na których próżno było szukać jakichkolwiek domów. Daleko po prawej stronie czerniała odległa ściana lasu. Na południu widać było mocno oddaloną wieżę kościoła w Chełmie, a na ostatnim planie wciąż majaczyły ciemne pasma Beskidów. Jedyną rzeczą, która mąciła i zakłócała ten pierwotny krajobraz, to ruchliwa droga, po której co chwila śmigały ciężarówki, samochody i motory...

         Tutaj również się nie zatrzymaliśmy. Na pusty chodnik wjechali na rowerach jakiś młody chłopak z dziewczyną. Jechali jakiś czas przed nami po czym skręciliśmy w boczną ulicę i zniknęli nam z oczu. Zabudowa Chełmu nie wyróżniała go wśród innych górnośląskich prowincjonalnych miasteczek; niskie, ściśnięte, zakurzone ceglane domy. Życie całej wsi skupia się na zdumiewająco dużym na tak małą wieś kościele. Jego dzwonnica zdawała się sięgać chmur. Świątynię niedawno odremontowano. Dachy pomalowano na kolor gołębi, a ściany na bardzo matowy bardzo jasno niebieski. Gdy przejeżdżaliśmy obok, musieliśmy się zatrzymać, by ustąpić tabunom ludzi, wychodzących z kościoła - ktoś właśnie brał ślub. Gdy znaleźliśmy się przy wyjeździe ze wsi dostrzegłem bardzo starą, kamienną figurę Matki Bożej, depczącej zielonego węża owiniętego wokół ziemi. Była zaniedbana, a jej twarz nie przypominała już tej należącej do młodej Maryi. Farba łuszczyła się. Mimo tych znaków czasu mieszkańcy wciąż otaczają rzeźbę czcią, bogato przyozdabiając ją kwiatami. Szybko zniknęła mi z oczu za zakrętem...

         Gdy wyjechaliśmy z Chełmu dostrzegliśmy już niczym nie zasłonięte pasmo górskie, na tle pól. Przypomniały mi się wtedy twarze tutejszych. Zdawali się być znudzeni wszystkim, jak gdyby było im zupełnie wszystko jedno. Nawet ci, wychodzący z uroczystości w chełmskim kościele byli sztywni, jakby mieli kije zamiast kręgosłupów, a ich twarze były poważne, pozbawione wyrazu. Nad całą śląską prowincją zawisł nietzschowski duch ciężkości i sztywności, oraz powszechnej tu obojętności.  Wsie te mimo pięknych krajobrazów są przykryte niepokojącą mgłą dobrobytu i ukrytej gdzieś pod ziemią biedy. Majątek, mimo że osiągnięty dzięki ciężkiej pracy, prowadzi ludzi w ślepą uliczkę, na której końcu stoi śmierć, pytająca: "Czy zrobiłeś coś w swoim życiu, aby ten świat był lepszy?". Ludzie zaczęli tracić cel. Stawiają sobie oni za najwyższą wartość osiągnięcie sukcesu, czy dużego zarobku. Myślę, że między innymi to przekonanie spowodowało powstanie ciężkiej aury. Miejsce to należy do takich, przez które przejeżdżając zaczyna mnie ściskać żołądek. Wcale nie zazdroszczę tym ludziom. Szczerze im współczuję. Jeszcze ostatnie spojrzenie na chełmskie gospodarstwa i wyruszamy dalej...

         Znów znaleźliśmy się w Zamościu. Zmierzamy w stronę lasu. Wzdłuż krętej, wiejskiej drogi stoją stare lipy. Dojeżdżając do mostku na Przyrwie dostrzegłem dziewczynę w moim wieku. Szła zupełnie sama. Z uszu zwisały jej kable słuchawek. Była smutna. Popatrzyła na mnie obojętnym, pustym wzrokiem. Po chwili zniknęła za nami...

         Dojechaliśmy w końcu do wyjazdu ze wsi. Stało tu kilka obskurnych zagród, na których podwórkach nie było widać żywej duszy. Minąwszy dwie małe dziewczynki na rowerach wjechaliśmy wgłąb lasu...


4 sierpnia 2019, Górny Śląsk


         Wstaliśmy dziś wcześnie rano. Słońce oświetlało wszystko, niczym wielki reflektor. Znów wjechaliśmy do lasu. Stanęła nam przed oczyma zielona ciemność. Wkrótce leśny tunel, którym mknęliśmy rozgałęził się w dwie drogi. Na tych rozstajach stała mała, drewniana, porośnięta bluszczem kapliczka Matki Bożej - podkreślała świętość lasu. Po jakimś czasie zjechaliśmy na drogę prowadzącą z Mysłowic do Tychów. O tak wczesnym, niedzielnym poranku samochodów jeździło tutaj niewiele. Wokół otaczał nas zarośnięty i zdumiewająco dziki, w tym regionie las. Był to tzw. Las Murckowski - jedna z niewielu pozostałości Puszczy Śląskiej, która przed wkroczeniem przemysłu i rozrostem miast porastała te tereny. Drzewa są tu wyższe niż w przeciętnych, śląskich monokulturach sosnowych. Jest bardzo zróżnicowany gatunkowo - rosną tu brzozy, dęby, graby, buki, świerki, i sosny. Mnóstwo leży tu powalonych, gnijących drzew. Znałem ten las. Często jeździłem tędy z rodzicami, wracając z domu moich dziadków. Prawie zawsze natykaliśmy się tu na jelenie. Kiedyś drogę przebiegło nam całe stado. Po chwili po prawej stronie pokazało się porośnięte trzcinami bagno. Z wody wystawały strzeliste pnie martwych drzew. 

         Wszystko ma swój koniec. Również jazda przez ten las musiała się skończyć. Wyjechaliśmy w Tychach. Zakryte dotąd przez gęste korony drzew słońce znów wzeszło oświetlając wszystko wokół. Znów pojawiły się przycięte pod linijkę, wypalone trawniczki przed domami, nagrzany beton i ta przeklęta żarówa na niebie, przed którą nie było ucieczki. W takich miejscach, przy bezchmurnym niebie może łatwo dopaść człowieka acedia - najgorsza z chorób duszy. Wpada się wtedy w stan niepokojącego zobojętnienia, wszystko wydaje się nie mieć sensu. Z otchłani wyłaniają się wtedy pożądania, uzależnienia, niepotrzebne myśli, obojętność... Wczesnochrześcijańscy ojcowie pustyni, już w V i IV wieku opisywali acedię. Pisali, że chorobę wywołuje Demon Południa - najgorszy ze złych duchów. Minęliśmy opryskany sprejem przystanek autobusowy, na którym siedziało pięć osób - trzech mężczyzn, kobieta koło pięćdziesiątki i młoda dziewczyna. Wszyscy gapili się w komórki. Milczeli. Nikt się nie uśmiechał. Ich oczy były puste. Nie było tam nic, prócz znudzenia i zobojętnienia. Nie wiem czy człowiek może utracić duszę, ale jeśli tak, to ci ludzie stracili ją, lub właśnie tracą. Została tylko pozbawiona głębi materia, wpatrzona sama w siebie...
        
         Szybko przejechaliśmy przez nieszczególne centrum Tychów. Mijaliśmy wielki browar, ponure familoki, szare blokowiska, nagrzane, betonowe chodniki. Wkrótce jednak miasto się skończyło i wjechaliśmy w jeden z największych kompleksów leśnych na Śląsku - Lasy Kobiórskie. Tu ruchliwa, miejska droga wchodziła w las. Nie mieliśmy wyboru - musieliśmy jechać nią jeszcze przez sześć kilometrów...

         Na śródleśnej łące, przy drodze stała tabliczka z herbem gminy Kobiór. Przedstawiała ona popiersie papieża Urbana na niebieskim tle. Pod spodem widniał napis "mała gmina z wielkim sercem". Po chwili znowu wjechaliśmy do lasu. Dojechaliśmy do miejsca gdzie nasza droga łączyła się z żółtym szlakiem rowerowym, biegnącym od Paprocan do Kobióra. Skręciliśmy w prawo. Wjechaliśmy na prostą, jakby odmierzoną od linijki drogę, po której obu stronach rosły wielkie, stare kasztanowce, tworząc piękną aleję. Drzewa te zrzucają liście dużo wcześniej od innych, więc cała aleja mieniła się odcieniami żółci i pomarańczu. Jesień już wyruszyła. Czuć to w powietrzu...

          Jechaliśmy przez las w stronę Piasku. Mijaliśmy potężne, wiekowe dęby, rozłożyste buki i gęste świerki. W pewnym momencie dojechaliśmy do miejsca gdzie droga rozgałęziała się zdumiewająco symetrycznie na dwie. W samym centrum tych rozstajów stał piękny, stary buk, na którym wisiała drewniana kapliczka Matki Bożej Częstochowskiej. Bardzo spodobała mi się ta kompozycja. Uwieczniłem ją na zdjęciu. "To doskonały pomysł na obraz", pomyślałem...

            Las się skończył. Znaleźliśmy się w Piasku - niewielkiej wsi, położonej tuż obok Pszczyny. Teraz przemieszczaliśmy się wzdłuż domków, niczym nie odróżniających się od innych nowobogackich domostw w Polsce - wystrzyżony trawnik, tuje również podcięte, betonowy podjazd, drogi samochód - siedziby najnudniejszych ludzi w kraju. 

         Po chwili zamknęły naszą drogę z obu stron wiekowe dęby - tu rozpoczynała się dębowa aleja Reitweg, posadzona jeszcze w XVIII wieku przez pszczyńską szlachtę. Ciągnęła się ona tak jeszcze przez dwa kilometry. Niektóre drzewa były niskie, ale za to tak grube, że aby je objąć potrzeba byłoby pięciu osób. Inne znowu były tak wysokie, że zdawały się swoimi koronami sięgać chmur. Górowały nad całym otoczeniem - poukładane domki, zdawały się być niesamowicie malutkie przy tych kolosach. Nic dziwnego - przecież to wiekowi królowie tej ziemi...

         W końcu znaleźliśmy się u celu - w pszczyńskim parku pałacowym. Był on wykonany w stylu angielskim - nie było tu żadnych przyciętych roślin i krótkich trawników. To park krajobrazowy. Większość jego przestrzeni porastają stare rozłożyste drzewa. Resztę zajmuje nieprzycięta trawa i sieć małych stawów. Niestety nawet w tym pięknym miejscu unosił się w powietrzu letni duch bachanaliów, połączony ze swego rodzaju niedzielną ciężkością - przez park przechodziły całe tabuny "niedzielkowiczów". Starsi ludzie w wyprasowanych spodniach w kancik i koszulach szli sztywno pod drzewami, zmierzając prawdopodobnie z, lub do kościoła. Przemykała tędy również młodzież i dorośli. Wszyscy ci nastolatkowie wyglądali dokładnie tak samo, ubrani według trendów podyktowanych przez wielkie korporacje; obcisłe dżinsowe spodnie, adidasy, firmowe koszulki, krótkie włosy z grzywką. Nastolatki również wyglądały jak klony: krótkie spodenki, firmowe koszulki i buty. Słowem zwykła, sztywna niedziela, niczym nie przypominające świętego dnia...

         Wracaliśmy. Już dawno minęliśmy Piasek. Teraz zmierzaliśmy z powrotem w kierunku Kobióra. Mijaliśmy te same, piękne wysokie drzewa. Nagle dostrzegłem coś zupełnie innego - wśród zwartej gromadki świerków stał buk. Pień drzewa był rozpołowiony przez piorun. Co ciekawe drzewo nie umarło - gałęzie rosnące na samym dole przetrwały i teraz rozrastały się wokół martwego, rozpołowionego i czerniejącego pnia. "Jaka natura potrafi być silna", pomyślałem...

           Znów sunęliśmy jesienną kasztanową aleją, tym razem po przeciwnej stronie ruchliwej drogi do Pszczyny. Był to trakt do Paprocan. Gdy tak mijaliśmy te piękne drzewa, szykujące się już teraz do zapadnięcia w zimowy sen, przypomniał mi się jeden z moich ulubionych utworów - Koło Źródła, zespołu Za Siódmą Górą. Ta muzyka przypomina mi podróż, nie tylko fizyczną, ale też mistyczną wędrówkę ku jesieni. Wraz z przyjściem jesieni znika z ulic rozpite towarzystwo, słońce zachodzi za chmury, letnie grzechy i bachanalia zmywają zimne, oczyszczające deszcze, robi się chłodniej, wszystko się uspokaja... To taka podróż ku zachodowi słońca, ku spokojnemu wieczorowi.

             Dojechaliśmy do Jeziora Paprocańskiego. Minęliśmy poniemiecki pensjonat nad jego brzegiem. Okalaliśmy zalew. Minęliśmy drewniany taras nad północnym brzegiem jeziora. Tu również roiło się od "niedzielkowiczów". Ci również wyglądali dokładnie tak samo jak ci, którzy spacerowali po pszczyńskim parku. Różnili się od nich tylko tym, że część leniwie leżała na leżakach w słońcu...

              Wyjeżdżaliśmy z Tychów. Beton zaczął zanikać. Duże miasto przekształciło się w otoczone polami wsie. Bogate domostwa ustąpiły miejsce skromnym gospodarstwom i smutnym, małym domkom z czerwonej cegły. Szybko minęliśmy wiejski kościół z wysoką wieżą, do którego ludzie właśnie schodzili się na mszę. Przejechaliśmy mały lasek i znaleźliśmy się na polnej drodze biegnącej wzdłuż ogromnego pola. Wkrótce znaleźliśmy się w centrum szczerego pola. Ze wszystkich stron otaczały nas łąki i pola. Domów nie było tu w ogóle. W dużym oddaleniu majaczył przed nami ciemny pas lędzińskich lasów. Po prawej stronie również widać było jedynie bezkresne pola. Gdzieś daleko zbocze wzgórza porastał sad, a na ostatnim planie wznosiło się kopulaste wzgórze. Na jego szczycie stał kościółek, tak malutki, że zdawał się być wielkości pudełka po zapałkach. Znałem go. Wiele razy już go mijaliśmy. To kościół wznoszący się nad Lędzinami. Obejrzałem się za siebie. Nad Tychami zawisła wielka chmura burzowa. Strugi wody spadające z nieba przypominały zręcznie nakreślone na białym papierze, granatowym atramentem linie. Po chwili dostrzegłem, że nie była to jedyna burza w okolicy. W niewielkim oddaleniu od niej nadciągały dwie mniejsze i jeszcze jedna duża. Słońce zniknęło za chmurami, a burze groźnie sunęły po niebie. Zrobiłem kilka zdjęć. Chciałem zapamiętać to miejsce. Schowałem aparat do pokrowca i pojechaliśmy dalej...

                Znów znaleźliśmy się w Zamościu. Czerwona dachówka mocno kontrastowała z ciemnym morzem chmur, spowijających niebo. Na dziurawej drodze widać było kilka sporych kałuż. "Musiała tędy przejść burza omijając nas", pomyślałem. Wjechaliśmy w ciemny las. Ustaliliśmy, że nie pojedziemy czarnym szlakiem, którym zawsze przecinaliśmy ten las, tylko zielonym, nieco dłuższym. Na rozstajach skręciliśmy w prawo i nie pojechaliśmy prosto. Na wskazówce oznaczonej zielonym paskiem było napisane: "Kamienna Góra, Płone Bagno". Droga była kamienista, nie jechało się po niej dobrze. Widać było, że szlak ten wytyczono znacznie później niż czarny. Nie było tutaj widać nikogo. Jechaliśmy coraz bardziej w głąb lasu, by w końcu znaleźć się w jego sercu...

         Po kilku kilometrach jazdy dostrzegliśmy pierwszych ludzi: była to jakaś młoda kobieta, z mężczyzną, którzy prowadzili na smyczy dużego, białego psa pasterskiego i zakonnica. Siostra szła polną drogą, w głąb lasu. Wyprzedziliśmy ją i zatrzymaliśmy się pod niewielką drewnianą wiatą, obok której stała para młodych ludzi. Dziadek usiadł, a ja poszedłem do lasu za potrzebą. W tym samym czasie zakonnica doszła do wiaty i spojrzała na mojego towarzysza. Uśmiechnęła się i powiedziała dziarsko:
- Damy radę!
I weszła w zarośniętą drogę leśną, którą nie przebiegał żaden ślad. Gdy wróciłem dostrzegłem w oddali jej czarny habit. Szła i szła. Jeszcze długo czerniała na tle leśnej drogi. Udało mi się jej zrobić zdjęcie. Chciałem to zapamiętać...


        Już byliśmy blisko domu. Jechaliśmy przez las. Długie cienie drzew kładły się na ziemi. Dojechaliśmy do miejsca, gdzie droga rozdzielała się na dwie. Przy rozstajach stała kapliczka Matki Bożej porośnięta bluszczem, podkreślająca świętość lasu...

piątek, 19 lipca 2019

Beton i stoki narciarskie - "nowa" wizja Beskidów..




         Góry są jednymi z najcenniejszych obszarów przyrodniczych w Polsce; wiodą tu ważne dla wielu gatunków korytarze ekologiczne, fragmenty naturalnych lasów są ostoją dla największych polskich ssaków, a tatrzańskie granie domem dla niewystępujących w żadnym innym zakątku naszego kraju, świstaków i kozic górskich. W wielu częściach Karpat środowisko współgra z człowiekiem, jednak niestety w polskich Beskidach wygląda to zupełnie inaczej... U nas przyroda nie jest partnerem, który pomaga się rozwinąć, a wrogiem, z którym trzeba walczyć i porządkować go...


Betonowa stolica gór


Hotel Gołębiewski w Wiśle, zdj. ilustracyjne


        Beskid Śląski jest chyba najbardziej zurbanizowanym pasmem polskich Karpat. Doskonale widać to po jego stolicy - Wiśle. Najbardziej rzucającą się w oczy rzeczą, przy wjeździe do miasta, jest ogromny luksusowy Hotel Gołębiewski, który wyraźnie dominuje nad całą miejscowością. Wiślańskie domy i betonowe apartamenty dochodzą praktycznie aż do samych szczytów gór (nawet do wysokości 800 m.n.p.m.). Wielkie budynki wypoczynkowe, skocznie i stoki narciarskie pocięły całą dolinę i przyległe pasma górskie, silnie kalecząc środowisko i krajobraz... Niemal całkowicie zniknęły stąd duże ssaki takie jak, niedźwiedzie i wilki, które niegdyś zamieszkiwały te góry. Rzeka Wisła została tam niemal całkowicie wyregulowana - nadbrzeżną roślinność wycięto, a brzegi umocniono kamieniami i betonem, oraz stworzono sieć sztucznych kaskad. W tamtym miejscu przypomina ona bardziej rynsztok, lub kanał niż królową polskich rzek (więcej o tym przeczytasz w tym tekście: Kraj suchy jak pieprz). Ludzie jeżdżą w góry po to aby pooddychać świeżym powietrzem (jest to jednak sprawa dość kontrowersyjna, ponieważ w miesiącach zimowych smog potrafi być tam większy niż np. w Krakowie), żeby zbliżyć się do natury, odpocząć od miasta. Czy dziś Wisła zapewnia to turystom? Szczerze w to wątpię - wcale nie przybliża ludziom natury, a sztuczne formy rozrywki, takie jak luksusowe hotele, baseny, parki linowe, tory gokartowe, automaty do gry i inne sztuczne formy rozrywki. Właściwie można byłoby taką samą miejscowość wybudować pod hałdą kopalnianą (uprzednio obsadzając ją częściowo drzewami i budując stoki narciarskie). Co roku do źródeł królowej rzek polskich przyjeżdżają dziesiątki tysięcy turystów, którzy często od samego Ustronia (miejscowość położona ok. 10 kilometrów od Wisły), muszą czekać w kilkugodzinnym korku, zanim dojadą do centrum miasta (stojące tabuny samochodów mogą wywołać smog nawet w środku lata). Właściwie tylko w kilku małych wiślańskich dzielnicach środowisko przyrodnicze zachowało się w stanie mniej naruszonym, m.in. w Czarnem i Malince. Z tej pierwszej można wyruszyć ciekawym szlakiem wzdłuż Białej Wisełki, gdzie zachował się las mający cechy naturalnego (choć i tam są porozsiewane niewielkie osiedla górskie, a większość trasy wiedzie drogą asfaltową), a z drugiej można podążyć na szczyt Malinowskiej Skały (1152 m.n.p.m.), będącej bardzo widokowym i ciekawym szczytem (jak i całe pasmo Baraniej Góry i Skrzycznego). Turyści, którzy chcą się zetknąć z naturą, muszą jednak oddalić się przynajmniej kilka kilometrów od centrum betonowej stolicy...


 Dzika przyroda na uboczu


Hala Jaworowa - fot. Gazeta Codzienna
         Jedną z najcichszych i najspokojniejszych wsi w Beskidzie Śląskim jest Brenna. Miejscowość ta jest położona bardzo malowniczo, w dolinie rzeczki Brennicy, równoległej do tej wiślańskiej. Tam jednak krajobraz zupełnie nie przypomina tego, ze stolicy tych gór: domy nie wspinają się na szczyty gór (większość nie przekracza granicy lasu), a hotele (których jest tam zaledwie kilka) znajdują się w centrum wsi, a ich rozmiary nie są wielkie. Znajduje się tam zaledwie 5 małych ośrodków narciarskich, ukrytych w wąskich i głębokich dolinach. Wokół Brennej zachowały się bardzo cenne fragmenty górskich lasów, w stanie mocno zbliżonym do naturalnego, położonych w różnych miejscach (np. na północnych i północno -zachodnich stokach Kotarza, w dolinie potoku Hołcyna, Leśnicy, lub Potoku Goleszowskiego). Znajduje tam się również bardzo cenna pamiątka po dawniej silnie rozwiniętej tradycji pasterskiej - Hala Jaworowa (inaczej Hala Kotarska). Jest to największa polana w Beskidzie Śląskim, a zarazem jedna z najstarszych (niektóre źródła podają, że wypas owiec był prowadzony tam już w XVI wieku). Na hali powstały piękne, typowe dla regla dolnego łąki. Tego typu polany pozwalają na ochronę gatunków roślin i owadów, które nie występują w żadnych innych siedliskach. Korzystają z nich również ptaki drapieżne, którym trudno jest polować na małe gryzonie w wąskich dolinach rzecznych, lub jelenie, które znajdą tam o wiele więcej pożywienia, niż w głębi lasu. Ponadto Hala Jaworowa posiada bardzo duże walory krajobrazowe - niesamowicie harmonijnie wpisuje się w otaczający ją pejzaż. Należy również do najbardziej widokowych miejsc w tej części Beskidów; można stamtąd obejrzeć prawie wszystkie pasma Beskidu Śląskiego. Mimo tych wszystkich walorów Hala Jaworowa nie jest często odwiedzana przez turystów, a wynika to głównie z jej położenia (by do niej dojść potrzeba przynajmniej godziny wędrówki kamienistymi górskimi szlakami). Dzięki temu, że polana jest położona na uboczu, udało się ją zachować w stanie właściwie niezmienionym po dziś dzień. Jednak nawet i to położone na "zapleczu" Beskidu Śląskiego miejsce jest zagrożone...


 Dziedzictwo zagrożone, czyli betonujemy dalej...



         Niedawno Brenną zainteresowali się inwestorzy. Kilka lat temu utworzyli firmę Kotarz Agro, której głównym założeniem jest rozwój zadłużonej wsi. Na ich stronie internetowej można znaleźć posty na temat regionalnej kultury i przyrody gór, na których rzekomo im bardzo zależy. Pokazują mieszkańcom, że gmina dzięki ich projektowi się rozwinie: rozbudują infrastrukturę turystyczną i drogową. Brennianie szybko uwierzyli inwestorowi, twierdząc że jego inwestycje faktycznie przyniosą im materialne korzyści. W ten sposób firma Kotarz Agro, bardzo sprytnie zdobyła sobie zaufanie mieszkańców i mogła pójść nieco dalej w swoich działaniach. Kilka lat temu inwestor utworzył projekt o nazwie "Kotarz Arena", którego celem jest... zbudowanie gigantycznego ośrodka wypoczynkowego (mającego należeć do największych w tej części Europy), w jednym z najcenniejszych krajobrazowo i przyrodniczo miejsc, czyli regionie wcześniej wspomnianej Hali Jaworowej i Kotarza. Kotarz Agro planuje wyciąć pod ten projekt aż 25 ha lasu (który opisywałem we wcześniejszej części artykułu)! Oczywiście większość "złapanych na wędkę" mieszkańców nie wyraziła sprzeciwu, a wręcz przeciwnie - bardzo uradowali się, że taka "wspaniała" inwestycja zostanie zrealizowana w ich gminie. Tylko niewielka część brennian wyraziła silny sprzeciw (byli to głównie ludzie mieszkający u podnóża góry Kotarz i Hali Jaworowej, oraz aktywiści ekologiczni). Utworzyli oni ruch społeczny o kryptonimie "SOS dla Hali Jaworowej", działający przeciwko inwestycji. Jednak w ostatnim czasie najsilniejszych działań przeciw "Kotarz Arenie" podjęła się Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot (polskie towarzystwo ekologiczne). Jego przedstawiciele uczestniczyli (i będą uczestniczyć) w spotkaniach z samorządami Brennej i Szczyrku (przedsięwzięcie powiązało się również z tą drugą miejscowością), szukali odpowiednich dokumentów, oraz zaczęli badać miejsce, które Kotarz Agro chce wykupić pod ośrodek. Sprawę wprowadzono do SKO (Samorządowa Komisja Okręgowa), która po wielu obradach wydała opinię negatywną dla inwestycji w Brennej, co postawiło ją pod znakiem zapytania. Decyzja komisji jednak nie zamyka przedsięwzięcia całkowicie, ponieważ jak twierdzi Kotarz Agro, nie jest ona ostateczna. Również Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot poinformowała mnie, że na razie sprawa jest w toku i, że na ten moment nie są w stanie udzielić mi więcej informacji.
        
         Jak jednak miałby wyglądać ośrodek na Kotarzu? Według informacji znalezionych przeze mnie w internecie miałyby tam powstać m.in.

·                    Elektrownia szczytowo - pompowa, oparta na zbiornikach małej retencji (na Hali Jaworowej),
·                    Farma fotowoltaiczna (na Hali Jaworowej, lub na przestrzeni otwartej, otrzymanej po uprzednim wyrębie lasu),
·                    Przemysłowy magazyn energii,
·                    Mikro turbiny wiatrowe o pionowej osi obrotu, współpracujące z magazynami energii,
·                    Zespół mikro elektrowni wodnych,
·                    Infrastruktura transportowa oparta na pojazdach o napędzie elektrycznym, jak również rowerach elektrycznych, a także stacjach ładowania pojazdów,
·                    Centrum Badawczo - Rozwojowe Technologii Środowiskowych,
·                    Ogród botaniczny,
·                    Park etnograficzny,
·                    Hotel czterogwiazdkowy na 600 miejsc noclegowych, wraz z częścią konferencyjną na 1000 osób,
·                    Aquapark na 1500 osób,
·                    Zespół 280 aparthoteli,
·                    Kolej gondolowa, całoroczna o długości 2350 m,
·                    Pięć kolei sezonowych o łącznej długości od 700 do 1000 m,
·                    Kompleks 10 km tras do narciarstwa zjazdowego, oraz 10 km tras do narciarstwa biegowego,

Oraz wiele innych, tego typu nowinek dla turystów. Wszystkie założenia tego projektu znajdziecie w poniższej ulotce:

1 strona ulotki

2 strona ulotki


Czyż to nie jest hipokryzja? Inwestor chce wyrąbać ogromne połacie lasów w Beskidzie Śląskim (m.in. tych porastających zbocza Kotarza), by zbudować w ich miejscu ekologiczne elektrownie i ogród botaniczny... Kolejna sprzeczność - inwestycja zniszczy dawny, kulturowy wygląd Hali Jaworowej i zastąpi to parkiem etnograficznym... Kotarz Agro umieszcza na swojej stronie posty o przyrodzie gór i o kulturze regionu, pokazując swoje działania jako ekologiczne i właściwie pozbawione wad. Tymi zabiegami łatwo owinęli sobie ludzi wokół palca...
         Czy Brenna może wyjść z kryzysu bez "pomocy" inwestora? Czy gospodarka w górach może wyglądać inaczej? Przenieśmy się teraz za granicę naszego kraju...


 Słowacja dobrym gospodarzem gór



Słowacka wieś Podbiel - fot. autor

           Bardzo ważnym okresem dla ochrony przyrody na Słowacji był koniec XX i sam początek XXI wieku. Wtedy w słowackich Karpatach powstało aż siedem parków narodowych (chronologicznie PN Niżne Tatry, PN Słowacki Raj, Mała Fatra, PN Płaskowyż Murański, PN Połoniny, PN Kras Słowacki, oraz PN Wielka Fatra). Co bardzo istotne były one zakładane, tuż obok siebie, dzięki czemu większość pasm górskich położonych w centrum kraju została objęta ochroną. Sieć powstałych parków narodowych pozwoliła w znaczącym stopniu ochronić środowisko naturalne tej części Karpat. Dlaczego niewielkie odległości między nimi są tak ważne? Otóż mimo tego, że podzieliliśmy góry na pasma, to i tak funkcjonują one jak jeden wielki organizm - nie podzielony granicami. między poszczególnymi pasmami przebiegają tzw. korytarze ekologiczne, czyli swego rodzaju "trakty", którymi wędrują gatunki. Ulokowane blisko siebie parki narodowe bardzo wspomagają ochronę takich "szlaków", które pozwalają funkcjonować tym górom jak jeden organizm. Mimo wielu miejscowości położonych u podnóża gór, "sieć" ta funkcjonuje w sposób bardzo skuteczny. Ochrona karpackich korytarzy ekologicznych, jest bardzo ważna dla środowiska przyrodniczego tych gór; dzięki nim gatunki mogą swobodnie przemieszczać się między pasmami górskimi i mieszać z osobnikami zamieszkującymi inne tereny. Dlaczego wędrowanie gatunków jest tak ważne dla środowiska? Jako przykład podam populację jeleni, zamieszkującą pewne pasmo górskie. Jeżeli w takim miejscu nie ma żadnych większych drapieżników, przedstawiona grupa zacznie się coraz bardziej powiększać, a jej potrzeby wzrosną równie silnie. Jelenie będą potrzebowały więcej pokarmu i zaczną na masową skalę niszczyć młode drzewka np. buki, które są osobną populacją. W wypadku gdy korytarz ekologiczny (np. przez jakiś duży kompleks narciarski) jest zamknięty i inne gatunki nie są w stanie dotrzeć do wymienionego miejsca, bukowy las zacznie się w zupełnie niekontrolowany sposób pomniejszać. Gdy jednak takie przejście istnieje, populację jeleni może zwęszyć np. wataha wilków i korzystając z niego dostać się do niej. Wtedy duża grupa ulegnie rozbiciu i zmniejszeniu, a las zacznie odrastać - w środowisku zapanuje równowaga.

         Sieć parków narodowych w słowackich Karpatach wywarła bardzo silny wpływ na sposób gospodarowania w położonych u ich podnóża wsi. Z powodu tego, że góry zostały objęte ochroną, możliwość rozpoczęcia budowy jakichkolwiek dużych stoków narciarskich, czy wielkich inwestycji na ich zboczach została niemal całkowicie zablokowana. Słowacy udowodnili jednak, że ich gminy mogą się rozwinąć bez pomocy żadnego inwestora; postanowili postawić na rozwinięcie turystyki pieszej w regionie i promocji kultury regionu. Mieszkańcy pozakładali małe agroturystyki, oraz sklepiki z regionalnymi wyrobami. Powstała również sieć tzw. regiomatów - automatów sprzedających regionalną żywność (głównie sery z owczego mleka). Dzięki dobremu rozreklamowaniu tych terenów, do podgórskich wsi zaczęli napływać turyści.W Terchovej (wsi położonej u podnóża Małej Fatry), co roku odbywa się festiwal folklorystyczny "Janosikowe Dni" (wykształcił się tam odłam muzyki ludowej, tzw. "terchovská ľudova hudba" wpisany na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO). Tym sposobem tradycyjny wygląd górskich wsi zachował się do dziś w stanie niewiele zmienionym, górska przyroda pozostała skutecznie chroniona, a mieszkańcy regionu się wzbogacili.
                  
         Czy gospodarka w polskich Karpatach nie mogłaby wyglądać w ten sposób? Czy polscy turyści nie potrafią się już zachwycać dziką naturą i potrzebują dodatkowych, sztucznych atrakcji? Czy musimy wiecznie rywalizować z nią? Myślę, że to dobry temat do rozważenia dla beskidzkich samorządowców.

sobota, 13 lipca 2019

Kraj suchy jak pieprz




         Tak... Polska należy do najsuchszych krajów Unii Europejskiej. Wielkość naszych zasobów wodnych jest porównywalna do zapasów Egiptu. Jesteśmy bardziej zagrożeni deficytem wody niż afrykański Czad. Wcześniej ten problem nie był w ogóle zauważany, jednak teraz jest zupełnie inaczej. W Europie Środkowej coraz częściej pojawiają się długie susze i fale upałów; przestajemy sobie radzić z gospodarowaniem wodą. 12 czerwca 2019 roku, w Skierniewicach (woj. Łódzkie) zabrakło wody pitnej w kranach, co nigdy dotąd w Polsce nie miało miejsca. Dlaczego nasze zasoby wodne są tak niewielkie? Czy w przyszłości sytuacja ze Skierniewic może się powtórzyć? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w tym tekście...


Rzeki jak rynny


         Na samym początku spójrzmy na fot. nr 1; przedstawia ono ujęcie rzeki Wisły w stolicy Beskidu Śląskiego - Wiśle. Krajobraz jest dość monotonny: brzegi rzeki zostały ogołocone ze wszelkiej roślinności, umocnione betonem i kamieniami, a oddalone od siebie w równych odstępach sztuczne kaskady wyglądają niemal identycznie (niewidoczne na zdjęciu). Wszystko wyrównano pod linijkę. Na tym odcinku Wisła bardziej niż rzekę przypomina kanał, betonową rynnę, czy miejski rynsztok. 


zdjęcie nr 1, fot. autor
   Władze zapewniają mieszkańców, że dokonując regulacji zabezpieczą ich domostwa, a podtopienia przy długotrwałych deszczach odejdą w niepamięć. Rzeka jednak jest regulowana z zupełnie innego powodu - lenistwa i braku kreatywności lokalnych polityków. Wyregulowane cieki działają bardzo podobnie do ulicznego rynsztoku - bardzo szybko i skutecznie osuszają przyległy do nich teren. Do tego wytrzymałość betonowych wałów jest na tyle duża, że władze mogą zupełnie zapomnieć o rzece nawet na kilkadziesiąt lat. Wszystko wygląda w porządku: rzeką odpływa nadmiar wody, a wały nie wymagają częstych remontów. Całe to dobrze wyglądające przedsięwzięcie jest jednak naznaczone niekonsekwencjami. Jedną z nich jest to, że niezależnie czy mamy falę deszczu, czy okres suchy, ciek w obu przypadkach odprowadza wodę tak samo skutecznie. Jak łatwo z tego wywnioskować jest to gotowy przepis na lokalną suszę. Kolejną sprzecznością  jest to, że zawsze pozbywamy się wody i nigdzie jej nie magazynujemy. Mamy co prawda kilka dużych zbiorników retencyjnych, lecz one nawadniają nasze gleby jedynie w znikomym stopniu, ponieważ większość zawartości kierują do naszych kranów. Wzdłuż rzeki nieuregulowanej tworzą się naturalne rozlewiska i tereny podmokłe okresowo zalewane. Takie nadbrzeżne bagna i podmokłe łąki to potężne magazyny wody, działające jak gąbka - podczas okresów deszczowych chłoną wilgoć, a gdy przychodzi susza ją oddają. Było to niesamowicie korzystne dla rolników, którzy podczas suchych miesięcy nie musieli sztucznie nawadniać swoich upraw. W sytuacji gdy rzeka jest wyregulowana, jej nurt wzrasta i się rozpędza. Woda z całej Polski gna do Bałtyku, przez co wały mające pewną wytrzymałość pękają, a miliony ton cennej substancji rozlewa się po okolicznych terenach, robiąc potężne szkody. Następną sprzecznością jest wycinanie drzew rosnących na brzegach rzek. Zieleń umacnia swoimi korzeniami wały, oraz zatrzymuje wilgoć, dzięki czemu efekt osuszania terenu zostaje znacząco złagodzony.

Niesprzyjający klimat


         Przedstawiłem tu zaledwie ułamek wszystkich niekonsekwencji związanych z tym przestarzałym systemem gospodarowania rzekami (nie jest on wcale współczesny; jego początki sięgają początku XX wieku). Opisałem zaledwie niewielki fragment Wisły u jej źródeł, a przecież mamy w Polsce o wiele więcej uregulowanych rzek i strumieni. Kolejnym czynnikiem, który sprawia, że betonowanie rzek nie sprawdza się, jest nasz klimat. Jesteśmy położeni między oceanem Atlantyckim i gigantycznym kontynentem azjatyckim (bliskość dużych zbiorników wodnych wiąże się ze wzrostem opadów, a oddalenie od nich ich zmniejszeniem). Klimat Europy Zachodniej jest wilgotniejszy od polskiego, a opady są rozłożone dość równomiernie. W Polsce sprawa wygląda nieco inaczej; z powody położenia między dwoma typami klimatu (wilgotniejszym i suchszym) występują u nas (czasem bardzo wysokie) wahania wielkości opadów (regulacja rzek nie sprawdza się w okresach suchych). Mamy również sytuację odwrotną niż w zachodniej części Europy - nasze opady nie są rozłożone równomiernie. Najwyższe występują w górach i na wyżynach (w Katowicach notuje się ok. 700 mm rocznie, a w Zakopanem nawet ok. 2000 mm), natomiast najniższe na Nizinie Wielkopolskiej i Mazowieckiej (nawet poniżej 450 mm rocznie). W naszym środowisku stare systemy hydrotechniczne nie pozwalają skutecznie zatrzymywać wilgoci w glebie (duże zbiorniki retencyjne magazynują wodę, ale nawilżają grunt tylko w znikomym stopniu, gdyż większość ich zawartości trafia do naszych kranów). Dodatkowo do naszych nie harmonijnie rozłożonych opadów swoje trzy grosze dorzucają zmiany klimatu (coraz częstsze susze i upały, ale również i powodzie, oraz ulewy), o których piszę nieco szerzej w innym moim tekście.

Kanały i rowy przydrożne


         Nie tylko duże rzeki wpływają na wielkość zasobów wodnych Polski. Każdy kanał i rów przydrożny ma znaczący wpływ na wielkość zasobów wody. Owszem, jeden przekop może wpłynąć na nawilżenie terenu jedynie w lokalnym zakresie, jednak jest jeden szkopuł - występują one niemal wszędzie. Wzdłuż praktycznie każdej drogi ciągnie się jeden, lub nawet dwa rowy przydrożne, a sztuczne kanały przecinają obecnie niemal każde miasto. To one odprowadzają wodę z pól i lasów do rzek. Ponieważ występują prawie w każdym miejscu, mają potężny wpływ na zawartość wody w glebie, ale mimo tak wielkiej wagi (na tej samej zasadzie co wcześniej przez mnie wspomniana sprawa rzek) temat ten ląduje na marginesie. Zadam Wam teraz kluczowe pytanie: czy widzieliście kiedyś jakikolwiek, polski rów przydrożny, który byłby poprzegradzany niskim systemem zastawek? Czy widzieliście kiedykolwiek śródpolny kanał poprzegradzany bramkami wodnymi? Z pewnością większość z Was udzieliłoby przeczącej odpowiedzi na to pytanie. Właśnie to jest jeden z fundamentalnych bolączek polskiej gospodarki wodnej. Każdy rów, lub kanał działa dokładnie tak samo jak uregulowana rzeka - w szybki i skuteczny sposób osusza swoją okolicę, niezależnie od tego czy mamy suszę, czy też dwutygodniową ulewę. Tak więc w suchy czas sto niepozornych dołów, może niemal całkowicie osuszyć sto wielkich pól uprawnych. Jak sobie radzą z tym faktem kraje zachodnie? - instalują systemy zastawek na największych przekopach. Jak to działa? Podczas ulew bramki są unoszone do góry, by woda mogła swobodnie spłynąć w dół, natomiast podczas susz odwrotnie - są opuszczane w dół, zatrzymując w ten sposób wodę. Jest to sposób niesamowicie skuteczny, jednak ma jeden potężny minus - by go zrealizować trzeba dysponować potężną kwotą pieniędzy, które samorządowcy niechętnie wydają na tego typu projekty.

Kosiarkowy szał


         Już od jakiegoś czasu panuje w Polsce moda na koszenie trawników pod linijkę - jak na boisku piłkarskim lub polu golfowym. W ostatnich latach trend przekształcił się w swego rodzaju obłęd. Niemal w każdym polskim ogrodzie trawa jest regularnie przycinana, tak że nawet najmniejsza stokrotka nie ma szansy tam wyrosnąć. Kosimy wszędzie - nawet nieużytki, parki i pobocza autostrad. Jak ma się to jednak do naszych zapasów wody? Gdy skosimy trawnik i nagle nadejdzie fala upałów, zieleń zanim zdąży trochę podrosnąć od razu zostanie spalona pod słońce. Wtedy już nie izoluje właściwie w żaden sposób gleby, od padającego z nieba żaru, więc ziemia zaczyna się nagrzewać. Wraz z podwyższeniem temperatury ziemi wzrasta parowanie wody w niej zawartej (dzieje się właściwie to samo co w przypadku rowów przydrożnych, tyle, że tu woda "uchodzi" do atmosfery). Dla zobrazowania umieszczam pod spodem zdjęcie nr 2, przedstawiające skoszony trawnik dosłownie "spalony" przez słońce, oraz nr 3, przedstawiające suchy grunt odsłonięty po intensywnym koszeniu .

zdjęcie nr 2, fot. Sylwia Fort
zdjęcie nr 3, fot. Sylwia Fort
Wysokie parowanie z gleby powoduje powstawanie burz. Jednak dlaczego są one zjawiskami niepozytywnym, a zwykły deszcz pozytywnym? Tzw. opad wielkoskalowy (deszcz) trwa długo, równomiernie rozkłada się na terenie i jest łagodny, natomiast burza jest tego przeciwieństwem - pada w krótkim czasie, z chmury spadają ogromne ilości wody i rozlewają się bardzo nierównomiernie. W pierwszym przypadku woda powoli wsiąka w ziemię i tam się magazynuje, natomiast w drugim cenny minerał nie zostaje w glebie, lecz spływa po zeschniętej ziemi (tworzącej skorupę), jak po dachówkach do rynny (tu rolę rynny odgrywa rzeka, strumień, kanał, lub rów przydrożny). Burze co prawda krótkotrwale potrafią ochłodzić pogodę, ale na pewno nie nawilżą znacząco gleby (szczególnie po długotrwałej suszy).

Co możemy zrobić?


         Jak możemy zapobiegać "uciekaniu" wody z Polski? Na pewno warto skończyć z koszeniem trawy w okresy suche, lub upalne (to nic nie kosztuje, kosiarka może postać w garażu, a Wy nie musicie nic robić - reszta roboty należy do trawnika :) ). Jeżeli posiadacie dzikie łąki, w żadnym wypadku ich nie koście - to potężny magazyn wody i dom dla setek gatunków roślin, owadów, płazów, owadów i ptaków. Kolejną rzeczą, którą możecie zrobić, to posadzenie drzew w swoim ogrodzie, jeśli ich tam jeszcze nie ma (najlepiej środkowoeuropejskie gatunki). A co mogą zrobić osoby mieszkające w miastach i nie posiadające ani skrawka ziemi? Walczcie o każdy fragment zieleni w Waszym mieście. Jeżeli widzicie, że w jakimś miejscu wyrasta piękna, naturalna łąką i obawiacie się, że może zostać wycięta, sporządźcie petycję do Zieleni Miejskiej i pozbierajcie podpisy, lub sporządźcie pismo. Możecie również wspierać różne projekty mające na celu powiększenie miejskiej zieleni (możecie także głosować za różnymi projektami, podczas tzw. Budżetu Obywatelskiego w swoim mieście). Warto również oszczędzać wodę w okresie letnich susz i upałów. Zachęcam Was również do picia wody prosto z kranu - jest ona bardzo często równie dobrej jakości jak ta, którą kupujemy w sklepie.